Wybierasz się do Lizbony? Posłuchaj 20 płyt, które poleca Marcin Kydryński

12 min. czytania
Aktualizacja 30.09.2024
30.09.2024 15:26
Zareaguj Reakcja
---- ----

Lizbona to nie tylko wspaniałe zabytki, ale również doskonała kuchnia, wino i... przede wszystkim muzyka. Jeśli wybierasz się w tamte rejony, posłuchaj 20 płyt, które poleca Marcin Kydryński, autor książki "Muzyka moich ulic. Lizbona".

Marcin Kydryński w Lizbonie. 20 płyt, których warto posłuchać
fot. archiwum prywatne
--1-- ----

Od książki Marcina Kydryńskiego "Muzyka moich ulic. Lizbona" nie sposób się oderwać. To piękna, intymna opowieść o mieście, które skradło serce autora. Ta opowieść jest tak sugestywna, że lekko przymykając oczy, widzimy i – przede wszystkim – "słyszymy" to miasto. Jeśli wybieracie się do Lizbony, to lektura tej książki powinna być pozycją obowiązkową, formą prywatnego przewodnika po mieście. Poniżej publikujemy fragment tej książki (za zgodą autora i Wydawnictwa Purple Book). To lista 20 płyt, które warto posłuchać, by zrozumieć fenomen fado i tego wspaniałego miasta. Jesteście gotowi na tę muzyczną ucztę?
-------------------------------------

Opowiadałem swego czasu Wiesławowi Weissowi, który przygotowywał monumentalną książkę o najważniejszych audycjach w dziejach radiowej Trójki na jej półwiecze, o dwudziestu najistotniejszych dla mnie płytach w życiu. Spośród tak wielu, które znam nieomal na pamięć i miłuję, było to niełatwe zadanie. Ale postawię je przed sobą raz jeszcze, dla Państwa wygody. Jakie to mianowicie płyty wyniósłbym z lizbońskiego Fnaca przy pierwszej w nim wizycie? Oczywiście wyłączamy Pata Metheny’ego, Stinga, Jarretta, Branforda, Yo-Ya Mę (sic! piękna odmiana, prawda? To tylko dowód, że nie wszystko, co poprawnie sformułowane po polsku, ma sens i brzmi przyzwoicie). Wyłączamy muzykę country & bluegrass, Mozarta, Sade i całą resztę, która z Lizboną ma związki bardziej niż luźne. Skoncentrujmy się na tych dwudziestu tytułach, które pomogą nam zrozumieć luzofońską kulturę. Będzie to wybór skrajnie subiektywny. Ale co ja jestem, prokurator generalny? (...)
Idźmy najpierw do działu „Fado”. Co zatem spakujemy do koszyka?

1 . Mariza: Concerto em Lisboa DVD

Może od tego wszystko się zaczęło? Zobaczyłem Marizę w warszawskiej Sali Kongresowej, poznałem ją w Szczecinie, a zaraz potem odkryłem na nowo, w sfilmowanym koncercie z Lizbony. Uznałem ją wtedy za Afrodytę wśród artystek Muzyki Świata. Ostrożne skupienie aranży na orkiestrę smyczkową uspokajało mnie. A wcześniej przecież te silnie skodyfikowane pieśni portugalskich żeglarzy, powabnych kobiet z ulicy i kawiarnianych bawidamków wydawały mi się nazbyt emocjonalne. Zauważyłem wkrótce potem, że mężczyźni w tradycji fado częściej mają w sobie gen zadumy i zwątpienia, tak bardzo mi bliski. Kobiety zaś, mówiąc obrazowo, wolą się od razu poryczeć i trzasnąć drzwiami, uprzednio rozbiwszy komplet porcelanowych naczyń. Ale, jak wiemy, tak na scenie, jak i w życiu, są kobiety, którym się to łatwiej wybacza. Wracam do tej płyty, ale najchętniej do DVD, bo Marizie wciąż przyglądam się bez przykrości (...).

2. Alfredo Marceneiro: 3 gerações do fado

Poświęciłem Marizie więcej czasu, bo to i dama, i o Alfredo już było przecież. Pan w fularze śpiewa tu "O pagem", najwspanialszy przykład fado dworskiego. W ogóle wprawia w nastrój szczególnej czułej melancholii, bez smutku. To Chet Baker fado.

3. Darlos do Carmo: Fado maestro

Powiedziałbym, że warto poznać całe kultowe "Um homem na cidade", ale z drugiej strony ta zgrabna kompilacyjka ma i orkiestrową "Gaivotę", i pieśń Paulo de Carvalho "Lisboa menina e moça", którą Sara Tavares cytowała na Sobremesie. To jedna z moich ulubionych historii o Lizbonie: "Cidade, mulher da minha vida" – o mieście, kobiecie mojego życia, jak mówi tekst. Jest tu na drugim krążku film dokumentalny, są fragmenty koncertów. Najlepsze wprowadzenie do świata Arcymistrza (...).

4. All Stars: Novo homem na cidade

Zacząłem od hołdu współczesnych artystów dla kultowej płyty, zanim poznałem oryginał Carlosa z 1977 roku. To bukiet najpiękniejszych piosenek o Lizbonie, jakie kiedykolwiek udało się zebrać w ramach jednego albumu. Kompozytorów było kilku. Choć głównie Paulo de Carvalho. Ale napisał wszystkie teksty jeden poeta, zakochany w Lizbonie, Ary Dos Santos. To spojrzenie jest dodatkowo barwne, bo pojawia się i brazylijski Lins, i angolański Paulo Flores, i kabowerdyjski Tito Paris, jest światło Sary i kunszt Marizy, jest Camané. Jedna z najlepszych płyt, by poznać różnorodność luzofońskiej muzyki, śledzić subtelności odmiennych akcentów, dostrzegać różnicę w podejściu do rytmu. Dla mnie arcydzieło. Przy okazji: "Um homem na cidade" było pierwszą częścią zamierzonego tryptyku. Drugą – "Człowiek w kraju" – do Carmo i dos Santos zdążyli jeszcze ułożyć przed śmiercią poety. Ostatnią, "Um homem no mundo" – czyli "Człowiek w świecie" – Carlos zapowiada w przyszłości. „Jeszcze to nagramy z Arym” – uśmiecha się (...).

5. Tristão da Silva: O melhor

Pieśniarz liryczny z lat pięćdziesiątych. Z epoki skuterów lambretta i sukienek w grochy. Z czasu samochodów ze skrzydłami i okularów słonecznych, które każdy z nas chętnie by dziś założył. To była moda! Polecam "Rzymskie wakacje" z Hepburn i Peckiem oraz szczyptę wyobraźni, że dzieje się to w Lizbonie! Włączcie sobie najpierw, proszę: "Ai, se os meus olhos falassem". „Cuba libre!” – chciałoby się wołać. To bilet na ekspres w szczęśliwą epokę! „Orkiestra przygrywa skocznego beguine’a…”, jak śpiewał Wojciech Młynarski. To jest ten przypadek. Mam też inne propozycje. Kiedy Tristão śpiewał "Da janela do meu quarto" z tym nagłym zawieszeniem głosu, kiedy serce się zatrzymuje; "Antes só czy Canção do mar", dziewczęta kwiliły u jego stóp, otulone głębokim, ciepłym głosem wokalisty jak kaszmirowym szalem. Ja wraz z nimi mdleję dzisiaj, poniewczasie. Tristão zginął w wypadku samochodowym. Za wcześnie, niewiele zostawił po sobie muzyki, ale ten wybór jest pierwszorzędny. Za jedyne pięć euro.

6. Camané: Pelo dia dentro

Każdy o zdrowych zmysłach powie Wam: "Tylko 'Sempre de mim', to jedna z największych płyt fado wszystkich czasów. Klasyk już w dniu premiery”. Oczywiście tak, ale serce chadza swoimi drogami i na "Pelo dia dentro" mam tak wielu swoich ulubieńców, z "Templo dourado" i "Elegia do amor" na czele, że muszę podpowiedzieć wczesny album Księcia.

7. Amália: Com que voz

Pamiętacie slogan reklamowy wielkiej marki samochodowej: „Radość pożądania z rozsądku”? Do dziś zastanawiam się nad jego znaczeniem, więc chyba osiągnął sukces. Ten wybór będzie z rozsądku i belferskiego zacięcia. Ale wierzę, że da Wam radość. Są płyty, których po prostu nie można nie znać. Jak "Kind of Blue" Milesa czy "Sgt. Pepper" Beatlesów, "Köln Concert" Keitha Jarretta czy, upieram się, "Beyond the Missouri Sky" Charliego Hadena i Pata Metheny’ego (nie odmieniłbym tego nazwiska, ale boję się korekty merytorycznej!). To albumy kanoniczne. Z "Com que voz" pochodzi nieśmiertelna "Gaivota" i taneczna "Maria Lisboa". Byłbym jednak nierzetelny, gdybym nie dodał, że podczas następnej wizyty we Fnacu warto sięgnąć po prostu po niedrogą składankę, na której koniecznie muszą się znaleźć takie utwory, jak "Coimbra", "Ai Mouraria", "Barco negro", "Estranha forma de vida", "Lisboa antiga". Słowem, te utwory, od których potem nie można się uwolnić, ale jest to słodkie więzienie.

8. Pedro Moutinho: Lisboa mora aqui

Mam do niego słabość. Pedro umości sobie jeszcze w tej książeczce wygrzane miejsce, więc powiem tylko, że to świetna kompilacja ze znaczną liczbą utworów z niedostępnej już płyty "Encontro". A to jest moja ulubiona płyta fado w ogóle. W tym wypadku, oprócz kojącego nerwy głosu mojego przyjaciela, działają same piosenki. Niby wszystko w fado brzmi tak samo, a jednak nie, bo zdarzają się sznury pereł, jak "Encontro" właśnie, bez jednej zbędnej nuty. Na polecanej składance dwa wcześniej niepublikowane duety: z Mayrą Andrade i Tiago Bettencourtem. Oba wyśmienite. Zwłaszcza "Alfama". To już jest "jego" utwór. Jak "My Funny Valentine" została na zawsze pieśnią Cheta Bakera, choć nagrało ją milion wykonawców.

9. Sara Tavares: Balance

„Na deszczowe dni warto też coś mieć…” – była kiedyś taka piękna polska piosenka. Gdyby Sara nagrywała już wówczas, dla wszystkich byłoby jasne, że tylko ona rozświetla mroczne wieczory, przegania chmury znad znużonych głów. Taneczne rytmy z Wysp Zielonego Przylądka (ani jednej morny?!), tłum afrykańskich muzyków w zespole, wśród gości Boy Gé Mendes i Ana Moura. "Vamos a praia!" Chodźmy na plażę!

10. Tito Paris: Acústico

Tito koncertowy, jakżeby inaczej. Gdzieżby on miał czas siedzieć w studiu, kiedy słońce świeci i można z dziewczętami spacerować po bulwarach nadmorskich miast. Album z orkiestrą smyczkową, więc skłania się ku tęsknym mornom, których zabrakło nam u Sary. Jest też na koniec prezent w postaci pieśni Xandinha, pięknej Oleńki. To płyta wydana przez World Connection, z którą to wytwórnią Tito już nie jest w przyjaźni. Gdyby więc okazała się nie do zdobycia, proszę sięgnąć po koncert z Aula Magna. Tam z kolei, obok orkiestry, pojawia się fenomenalny głos z Angoli, Paulo Flores.

11. Lura: Best of Lura

Żartowałem często, że muzyka Lury powinna być dla dorosłych, tak nieokiełznanie jest zmysłowa. Odys kazałby się przywiązać do masztu, ale dzieciarnia jak sobie poradzi? Nie sposób się oprzeć Lurze. Ten głos ciemny, brunatny, pluszowy. Ten puls lędźwiowy, te rozpalone saksofony, te mroczne pożądania wiolonczel. A ja tu jeszcze znajduję Wam kompilację z dodatkowym koncertem na DVD, żeby już nie było wątpliwości. Okazuję się w muzycznych wyborach bezpruderyjny. Ale za to w życiu – że tak powiem, mnisi, oczywiście.

Redakcja poleca

12. Cesária Évora: Original Album Classics

Co tu dużo mówić, poza okrzykiem zachwytu, że w cenie jednej płytki dostajemy trzy kluczowe albumy wielkiej Cesárii: "Café Atlantico", "Rogamar" i "Voz d’amor". Można wielbić Sarę i Lurę, śnić o Nancy i tęsknić za Mayrą, ale warto pamiętać o bosonogich źródłach. Pozycja obowiązkowa.

13. Różni Wykonawcy: Fados by Carlos Saura DVD

Bliska mi filozofia. Saura spróbował spojrzeć na muzykę i taniec całej luzofońskiej społeczności. Ponieważ jest legendą, nikt z zaproszonych mu nie odmówił i stąd plejada gwiazd, jakiej próżno szukać na innych płytach. Ciekawi obecność Lily Downs, która jest, jako żywo, Meksykanką. Ale obok niej Caetano Veloso, Carlos do Carmo, Mariza, Camané, Lura, gdzieś zespoły ludowe, ówdzie raperzy. Rzetelne, uczciwe spojrzenie na świat okołoportugalski u progu nowego tysiąclecia. Do filmu na DVD dołączono dokument, w którym o fado rozmawia Mariza z Carlosem, Carminho i Ricardo Ribeiro. Śpiewają. Rzecz dzieje się w Mesa de Frades. Żal, że bez napisów, bo może mówią mądrze.

14. Yami: Aloelela

Czemu Yami nie został jeszcze pierwszoplanową postacią Muzyki Świata? Po takiej płycie? Pewno i dostał propozycję od samego Pana Boga, ale jak go znam, wymigiwał się. A to, że dzieci w szkole, a to, że żona słabuje, wątroba, śledziona. Powiedział, że jest chwilowo bardzo zmęczony, uśmiechnął się tak, że aż mu się ten uśmiech kończył z tyłu głowy, i podziękował: nie, że nie będzie wielką gwiazdą. Nad nowym albumem pracuje, właściwie odkąd go znam. Na tę płytę Ania nagrała z nim "Ye Yo", które ostatecznie z braku innego adresu wylądowało na Sobremesie. Yami – bądźmy wobec niego uczciwi – wyprodukował jednak w tym czasie i skomponował sporo muzyki na album rozkosznej Ritinhi Lobo, "Jóia Creola". Jeśli nie znajdziecie już "Aloelela", możecie pocieszyć się Ritinhą, cudowna dziewczyna. Płytę Yamiego, Ritinhi, a także perełkę Nancy Vieiry: "Lus" wydał trzeci z braci Moutinho, Helder, w swojej firmie HM Música (...).

15. Bonga: Best of Bonga

O słowie saudade pisałem na piątej siestowej płycie, że najbliżej mu do kieliszka melancholii z kropelką nostalgii i źdźbłem tęsknoty w środku (jak źdźbło trawy w naszej żubrówce). Nie wiem, czy znam brzmienie głosu, które w jednym takcie, jednej frazie zawiera wszystkie składowe saudade. Bonga przychodzi na myśl jako pierwszy. Proszę posłuchać, jak śpiewa "Sodade" z Cesárią Évorą! W czasach kolonii mistrz sportu w barwach Portugalii. Potem wygnaniec, dysydent, tułacz, bojownik o niepodległość. Każda zmarszczka na jego życiu odkładała się w warstwę smutku, by ostatecznie dać tak bogaty kolor głosu.
Bonga na żywo jest dość zdumiewający: półnagie tancerki, lamparcie skóry, osobliwy rodzaj instrumentu, który Bonga trzyma między nogami w sposób niepozostawiający anatomicznych wątpliwości. Ale na płytach, skądinąd chyba stu, które nagrał, nigdy nie bawi, zawsze wzrusza. Tę składankę otwiera duet z Lurą. Słyszałem ich oboje w zmysłowych splotach ciał i głosów w lizbońskim Coliseu. Musiałem potem brać zimny prysznic.

16. Waldemar Bastos: Classics of My Soul

Inna twarz Angoli: liryk, crooner, sercołamacz. Najpiękniejsze piosenki nareszcie zebrane w zwartą produkcję z London Symphony Orchestra. Piszę krótko. Ale to nie znaczy, że powinni Państwo poświęcić tej wybornej płycie mniej uwagi.

17. Antônio Carlos Jobim: The Man from Ipanema

Gdyby nie Jobim, cały świat słuchałby dziś góralskiej muzyki z Nowego Targu. A tak musi się męczyć z bossa novą. Ten zbiór jest dla mnie najdoskonalszą kompilacją dzieł geniusza z Rio. Zachwycająco wydany, z wycinankami w ptaszki, rybki i listki. Są wywiady, eseje, fotografie. Pierwsza płyta to klasyczne nagrania piosenek, różni wykonawcy. Druga – to muzyka instrumentalna. Trzecia – to sam Jobim w rozmaitych konfiguracjach, gościnnie, jako lider, jakkolwiek – ale zawsze ze smakiem. Obowiązkowe. Nie słucham Waszych alibi. Słucham Jobima.

18. Ivan Lins: Saudades de casa

Jobima już nie ma. Jest Ivan, obok legendarnego Toma największy kompozytor bossa novy i brazylijskich motywów. Jego muzykę śpiewali wszyscy: od Elli Fitzgerald po Stinga, od Shirley Horn po Barbrę Streisand, od Sarah Vaughan po Michaela Bublé, który nawet nagrał z Ivanem duet. Niezapomniany, napowietrzny głos. Serdeczny, zdrowy uśmiech. I w głowie kosmos wyrafinowanych akordów, które jednak układają się tak naturalnie, jakby czekały na siebie całe życie. Posłuchajcie kiedykolwiek "Começar de novo" znanego też na całym świecie jako "The Island". Nieprawdopodobne. Mój ukochany Ivan to album jego muzyki nagrany z trębaczem extraordinaire – Terence’em Blanchardem: "The Heart Speaks". Produkował i grał na gitarze nasz przyjaciel Oscar Castro-Neves. Dzięki niemu Ania mogła potem poznać Ivana i zaśpiewać z nim słynne "Manhã de carnaval" w Hollywood Bowl, a potem już w Brazylii. Wreszcie – na płycie Sobremesa. To jeden z największych zaszczytów naszej muzycznej wędrówki. W lizbońskim Fnacu "The Heart Speaks" nie znajdziecie, więc może zamiast tego albumu dam miły drobiazg nagrany na żywo, w studiu, z relaksującą swobodą: "Saudades de casa" – "Tęsknoty za domem". Ładna jest też płyta "Intimate" z gośćmi z całego świata. Daje to, co obiecuje tytułem.

19. Beto Betuk: Paisagem

Pewnego dnia jesienią 2007 roku dostałem do radia płytkę o żółtej okładce. Artysta był mi nieznany, ale o chwytliwym imieniu, które klekotało niczym głos bociana. Jak się potem okazało, było pseudonimem młodego matematyka nazwiskiem João Simões. Do płyty dołączony był uprzejmy list, ale bardziej niż on zwróciła moją uwagę wśród gości Sara Tavares. Włączyłem jej piosenkę podczas audycji, nie posłuchawszy płyty wcześniej, i poprosiłem siestowiczów o reakcje. Wszystkie bez wyjątku były entuzjastyczne. Bo też rzadko spotyka się muzykę o tak intensywnych, penetrujących melodiach, a zarazem tej ilości światła, ciepła i kołyszącego pulsu. Tytuł nie był mylący: „Wspomnienia z ciepłych krajów”, mniej więcej. Zajrzałem do listu. Beto wyrażał w nim nadzieję, że Ania zechce na grać piosenkę na jego nowy projekt. Przyjechał w listopadzie, ale o tym przecież mówiłem. Dziś ten „Żółty album” jest już niedostępny, ale pojawia się w zbiorku Paisagem, razem z piękną płytą "Catavento", na którą Ania nagrywała swoje utwory. Jest to zatem muzyka, która zmieniła moje życie. Zazwyczaj używa się tego sformułowania metaforycznie. W tym wypadku jest inaczej. Zmieniła je naprawdę (...). Napisaliśmy z Beto jedną z najważniejszych dla mnie piosenek, „Tylko tak mogło być”. Wszyscy myślą, że to takie plażowe szaba-daba. A tymczasem to moje trudne życiowe credo, choć przecież nie biegam. Jest w tym betowym zbiorku jako bonus. Miło.

20. Maria João Pires: Chopin Nocturnes. A Selection

Zastanawiałem się, którą płytę wybrać Państwu na koniec, i po chwili sięgnąłem po Marię grającą Chopina. Niewiele jest równie mocnych splotów naszych dwóch kultur. Że Japończycy to czasem umieją, jestem zdumiony i pod wielkim wrażeniem. Że portugalska kobieta przeczuwa, jak to jest łkać pod wierzbą bez wyraźnego powodu, wydaje mi się zupełnie naturalne.

Nokturny to dla mnie ważny Chopin. Ale chyba ukochany to jednak Walce. Mój ulubiony h-moll, numer 2 z opusu 69. A tam, a co z a-moll z opusu 34 lub pośmiertnym, też a-moll, KK4B? A wietrzny jak pierwszy oddech jesieni w liściach brzóz e-moll KK4A? No a cis-moll, z opusu 64? Mój Boże… Ta część druga jak wiosenny deszcz na rudych dachówkach Alfamy. Ich jeszcze, to znaczy Walców, a nie dachówek, szukam w wykonaniu Pani Marii. Nokturny, Walce też, ale zwłaszcza Mazurki Chopina zdradzają moim zdaniem całą prawdę o polskiej duszy. W jednej kwestii odmiennej od tej u Portugalczyka. Pierwsze części odsłaniają całą nagość i wspólną tkliwość naszych dusz. Nad morzem człek siądzie, na fale popatrzy, wzruszy się tym, co niewyjaśnione, niepojęte i ulotne. Do tego miejsca w chopinowskim Mazurku Portugalczyk jest jeszcze z nami. Odprowadza wzrokiem słońce z klifów Cabo da Roca i zastanawia się, co tam może być, po drugiej stronie wielkiej wody? Westchnie przy tym raz i drugi, bo mu się z tego jakaś głębsza metafora o życiu i śmierci ułoży. Po tym westchnieniu następuje jednak zawsze szczęśliwe, zrelaksowane odprężenie. U nas nie. W Mazurkach nieuchronnie następują części drugie. To już cała prawda o polskiej duszy narowistej (...).

Marcin Kydryński i jego książka
Fot.

----------------------------------------------------------
To fragment niezwykle ciekawej, rytmicznej, smakowitej książki Marcina Kydryńskiego "Muzyka moich ulic. Lizbona". To lektura obowiązkowa dla osób, które wybierają się do Lizbony, zwłaszcza po raz pierwszy. Autor zabiera nas na spacer po tym mieście, snując piękną opowieść o portugalskich artystach i pięknej muzyce, pokazuje nam swoje ulubione miejsca. Ważną częścią książki są zdjęcia wykonane przez autora, które idealnie oddają piękno tego miejsca i mieszkających tam ludzi. Książka "Muzyka moich ulic. Lizbona" (wydanie II) została wydana przez Wydawnictwo Purple Book w 2023 r. Publikacja fragmentu za zgodą wydawnictwa.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET