Są lesbijkami i wspólnie wychowują dzieci. "Też mamy instynkt macierzyński"
W Polsce może żyć nawet ponad 100 tys. tęczowych rodzin. Czym różnią się od heteroseksualnych? Pary jednopłciowe są zgodne: niczym. - Chcemy, aby osoby, które natrafią na nasz profil w mediach społecznościowych, pomyślały: ich życie jest zwykłe, zupełnie jak nasze - tłumaczy Ola, która od 11 lat jest w związku z Karoliną. Wspólnie wychowują dwójkę dzieci.
- W Polsce tęczowe rodziny wciąż pozostają poza systemem prawnym, pomimo że liczba dzieci wychowujących się w takich rodzinach może przekraczać nawet 100 tysięcy
- Obecnie aż około 67% Polaków popiera legalizację związków par jednopłciowych, ale brak postępów prawnych w tej kwestii wciąż jest przyczyną wielu problemów tęczowych rodzin
- "Chcemy, żeby ludzie traktowali nas normalnie, więc zachowujemy się normalnie" - podkreślają tęczowe mamy
Tęczowe rodziny dla polskiego prawa nie istnieją. Pary tej samej płci w naszym kraju nie mogą bowiem w żaden sposób legalizować swoich związków. Spis powszechny nie obejmuje pytania dotyczącego orientacji. To wszystko sprawia, że oficjalne statystyki, które pokazywałyby, ile dokładnie dzieci wychowuje się pod opieką rodziców jednej płci, nie istnieją. Jednak to, że w teorii w Polsce nie ma tęczowych rodzin, nie oznacza, że nie ma ich również w rzeczywistości.
– Szacunkowe dane z Raportu Kampanii Przeciw Homofobii z 2009 roku mówiły o 50 tysiącach dzieci wychowujących się w tęczowych rodzinach w Polsce. Biorąc pod uwagę zmiany, jakie zaszły od tamtej pory w naszym społeczeństwie, oraz dostępne statystyki (odsetek dzietności wśród osób nieheteronormatywnych w krajach europejskich wynosi około 10—12 proc., w Polsce około 9 proc.), możemy zakładać, że obecnie takich dzieci jest dwu albo trzykrotnie więcej, a w Polsce może żyć ponad 100 tys. tęczowych rodzin – tłumaczy dr Joanna Śmiecińska, prezeska Fundacji Tęczowe Rodziny. I dodaje: "Osoby nieheteronormatywne, które czują potrzebę, by zostać rodzicami, muszą włożyć znacznie więcej wysiłku w to, aby to pragnienie zrealizować. Często przekłada się to na bardziej świadome rodzicielstwo. Mówią o tym liczne raporty. Takie rodziny zazwyczaj wypadają bardzo korzystnie na tle społeczeństwa, jeśli chodzi o poziom zaangażowania w dobrostan dzieci".
"Lesbijki też mają instynkt macierzyński. Mają w sobie tę potrzebę, żeby być matkami"
– Gdy poznałam Olę, myślałam, że skoro tworzymy jednopłciową parę, to dzieci w ogóle nie wchodzą w grę. Okazało się, że nie jest to takie oczywiste, bo lesbijki też mają instynkt macierzyński. Mają w sobie tę potrzebę, żeby być matkami. Na początku nie byłam przekonana czy macierzyństwo jest dla mnie. Trochę bałam się, że taka odpowiedzialność może mnie przerosnąć – zaznacza Karolina, która od 11 lat jest partnerką Oli. – Dałam Karolinie przestrzeń, której potrzebowała do podjęcia decyzji. Któregoś dnia obudziła się i powiedziała „tak, zróbmy to”. Dziś nasze starsze dziecko ma już 4 lata – dodaje Ola.
Instynkt macierzyński odczuwały też Alena i Klaudia, mamy rocznej Daliany. – Gdy jeszcze nie wiedziałam, że jestem lesbijką, marzyłam o tym, by mieć męża i dzieci. Później rozpoznałam moją orientację i okazało się, że mąż w moim przypadku jednak będzie żoną. Wiedziałam już, że jestem homoseksualna, ale chęć posiadania potomstwa nie zniknęła. Zawsze mi towarzyszyła – tłumaczy Alena. Droga dziewczyn do macierzyństwa nie była prosta, długo starały się o dziecko. – Chodziłyśmy do kliniki niepłodności. Zawsze razem. Nie odpuściłyśmy – zaznaczają. Co poczuły, gdy dowiedziały się o ciąży? – Przede wszystkim niesamowitą radość.
Euforia towarzyszyła też Karolinie i Ani. – Chociaż wszystko było już przygotowane i zaplanowane, gdy zobaczyłyśmy na teście ciążowym dwie kreski, poczułyśmy szok. Musiałyśmy w spokoju przetworzyć tę informację. Nacieszyć się, że nam się udało. Przez pierwsze trzy miesiące nikomu nie powiedziałyśmy o ciąży – nawet najbliższa rodzina nie wiedziała. Chciałyśmy poczekać. Później wywołałyśmy zdjęcia USG i w prezencie dałyśmy je naszym rodzicom. Byli w szoku – tłumaczą. – Od początku ciąży moi rodzice zaczęli traktować naszą córkę Blankę, jak swoją wnuczkę, mimo że to Ania nosiła ciążę. Bardzo nas wspierali – dodaje Karolina. Gdy zaczynałyśmy tworzyć związek jednopłciowy, niektórzy patrzyli na nas z przymrużeniem oka. Mówili, że pewnie niedługo nam przejdzie. Jednak gdy usłyszeli o naszych planach związanych z macierzyństwem, zrozumieli, że nasza relacja jest poważna, a nasza orientacja się nie zmieni – zaznacza.
"Chcemy, żeby ludzie traktowali nas normalnie, więc zachowujemy się normalnie"
– Oczywiście, gdy w telewizji lub internecie widzimy, że osoby należące do społeczeństwa LGBT+ są prześladowane, to nas boli. Nie zgadzamy się na takie traktowanie – tłumaczą Karolina i Ania, które wspólnie wychowują trzyletnią córeczkę Blankę. – Na co dzień jednak skupiamy się na sobie nawzajem i na naszej córce. Jak wszyscy rodzice, cieszymy się, że nasze dziecko jest zdrowe i staramy się, żeby było szczęśliwe. Zdecydowanie najważniejsza jest dla nas nasza rodzina. Czerpiemy energię z dobrych informacji, które do nas docierają i z pozytywnych doświadczeń – zaznaczają moje rozmówczynie. I tłumaczą, że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, bardzo często spotykają się z gestami sympatii i przychylnością.
– Na początku byłyśmy bardzo ostrożne w informowaniu innych o tym, że jesteśmy tęczową rodziną. Trochę bałyśmy się tego, jak zareagują na to obcy ludzie. Z czasem stawałyśmy się coraz odważniejsze. Stwierdziłyśmy, że jeśli ktoś będzie miał z tym problem, to będzie jego problem, a nie nasz. Teraz wiemy, że lepiej już na początku powiedzieć, że jesteśmy dwoma mamami, które wspólnie wychowują dziecko – przekonują. – Chcemy, żeby ludzie traktowali nas normalnie, więc zachowujemy się normalnie – dodają.
Podobne nastawienie towarzyszy Klaudii i Alenie. Dziewczyny mieszkają w Poznaniu i od roku są mamami. – Jeszcze nie spotkałyśmy się z tym, żeby ktoś podszedł do nas i powiedział: „moje dziecko nie będzie się bawiło z waszym, bo jesteście lesbijkami”. Jest wręcz przeciwnie. Niedawno na przykład byłyśmy nad morzem pod namiotami. Pakowałyśmy się już i przygotowywałyśmy się do powrotu. Właściciel pola namiotowego podszedł do nas i zapytał z uśmiechem: „to kiedy mamuśki znowu nas odwiedzicie?” To było bardzo miłe – zaznaczają. Często zabieramy Daliankę na zajęcia dla maluchów. Inni rodzice podchodzą do nas z życzliwością. Kiedyś jedna z mam skontaktowała się z nami po zajęciach. Napisała, że była wzruszona tym, jak opiekujemy się córeczką – wspomina Alena.
Nieprzychylne komentarze bardzo rzadko słyszą także Ola i Karolina. – W przedszkolu od początku wszyscy wiedzą, że obie jesteśmy mamami Olka. Nigdy nie bawiłyśmy się w „mamę i ciocię”. Nasz syn chodzi do prywatnego przedszkola. Nie jest w żaden sposób dyskryminowany. Kiedyś przyjaciel Olka zapytał go: „czemu masz dwie mamy, skoro ja mam mamę i tatę”. Olek odpowiedział: „po prostu mam dwie mamy”. Dla niego to jest naturalne, mówi do nas „mama Ola” i „mama Karola”. Bardzo pomaga nam załoga przedszkola, która też rozmawia z dziećmi o tym, że rodziny mogą wyglądać różnie. Nauczycielki mówią maluchom, że dziecko może mieć dwie mamy, inne może być wychowywane przez dziadków, a jeszcze kolejne przez mamę i tatę. To tak samo ważne rodziny. – My też traktujemy synka jak partnera do rozmowy. Tłumaczymy Olkowi, że są różne rodziny. Nie skupiamy się tylko na tematyce LGBT+. Chcemy pokazać Olkowi, że świat po prostu jest różnorodny – zaznaczają Karolina i Ola.
"Pierwszy ginekolog wyrzucił nas z gabinetu"
Pary tej samej płci jednogłośnie zaznaczają, że znacznie częściej niż z hejtem spotykają się z przychylnością i życzliwością. Nie ukrywają jednak, że zdarzało im się doświadczać także przejawów nietolerancji. – Pierwszy ginekolog wyrzucił nas z gabinetu, gdy dowiedział się, że obie będziemy mamami i razem chcemy przychodzić na wizyty kontrolne. Powiedział, że tego nie uznaje i kazał nam po prostu opuścić pomieszczenie. Tak zrobiłyśmy – tłumaczą Karolina i Ania.
– Była jeszcze jedna sytuacja, która zapadła nam w pamięć. Sąsiadka powiedziała nam: „ściągnijcie tęczową flagę z okna, bo inni sąsiedzi chcieli rzucać w nią kamieniami” – wspominają. – Mamy świadomość tego, że na naszym osiedlu mieszkają starsze osoby i nie każdy jest nam przychylny. Jednak „w realu” niewiele osób ma odwagę podejść do nas i nas zwyzywać. Hejt jest znacznie bardziej odczuwalny w mediach społecznościowych. Ludzie przez pozorną anonimowość czują się tam bardziej bezkarni – dodają.
Klaudia i Alena są podobnego zdania. – Gdy byłam w ciąży, dostawałyśmy po kilkadziesiąt wiadomości dziennie. Hejterzy opanowali też nasze komentarze. To było bardzo przykre. Konta, z których pochodziły te wiadomości, często były zupełnie anonimowe. Chociaż niektóre obraźliwe, chamskie i pełne jadu wiadomości wypisywały też kobiety, które w swoim BIO przedstawiały się jako przykładne mamy – tłumaczy Alena. – Gdy teraz o tym myślę, uważam, że była to zorganizowana akcja – zaznacza.
Czego najczęściej dotyczyły wiadomości? – Wiele osób, które nie mają na co dzień do czynienia z takimi rodzinami jak nasza, uważa, że jeśli jesteśmy mamami i wychowujemy dziecko, to nasza orientacja wpłynie na orientację tego malucha. Że jeśli będziemy wychowywać chłopca, to będziemy wmawiały mu, że powinien być gejem. A jeśli będziemy wychowywać dziewczynkę to tak jak my, będzie lesbijką. A my żyjemy tak samo jak rodziny hetero, tylko obie mamy cycki. Nie wpływamy w żaden sposób na orientację dziecka. Ludzie wypisują też, że dziecko musi mieć ojca. Spotkałyśmy się z opinią, że lepiej mieć ojca alkoholika, który znęca się nad rodziną niż żadnego. Zapytałyśmy dlaczego? Osoba, z którą rozmawiałyśmy, powiedziała, że taki ojciec jest lepszy niż dwie matki.
Z obserwacji Klaudii i Aleny wynika jednak, że często złośliwość ludzka jest wynikiem niewiedzy, niezrozumienia i braku świadomości. – Gdy nasza córeczka się urodziła i zaczęłyśmy publikować relację z naszego codziennego życia, bardzo dużo osób, które wcześniej wypisywały do nas nieprzyjemne wiadomości, nas przeprosiło. Kobiety pisały nam, że nie spodziewały się, że włożymy w wychowanie córki tak dużo miłości. Że będziemy tak dbały o nią i jej rozwój – zaznaczają młode mamy.
"Boję się, że będę musiała toczyć walkę z systemem"
Moje rozmówczynie stawiają sprawę jasno: hejt, chociaż się zdarza, nie jest największym problemem, z którym muszą zmagać się tęczowe rodziny. Czego pary tej samej płci, wychowujące wspólnie dzieci potrzebują najbardziej? – Zmiany prawa, a więc legalizacji małżeństw osób tej samej płci, a przynajmniej możliwości zawierania w Polsce związków partnerskich z rozpoznaniem prawnym drugiego rodzica. Dzięki temu dzieci żyjące w tęczowych rodzinach będą mogły mieć oficjalnie dwoje rodziców – tłumaczy dr Joanna Śmiecińska, prezeska Fundacji Tęczowe Rodziny. Dodaje: "To zmiana, która musi odbyć się na poziomie prawa centralnego. Dzięki niej tęczowe rodziny będą czuły się bezpieczniej".
To, że najważniejszą potrzebą tęczowych rodzin jest możliwość uregulowania ich sytuacji prawnej, potwierdzają także osoby, z którymi rozmawiam. – Prawdę powiedziawszy, nigdy nie bałyśmy się tego, że ktoś negatywnie zareaguje na nas jako na dwie mamy. Nie interesowało nas to, czy ludzie z tego powodu będą nas lubić, czy też nie. Zawsze natomiast chciałyśmy czuć się bezpiecznie w Polsce, również pod względem prawnym – tłumaczą Ola i Karolina.
– Mamą biologiczną naszych dzieci jest Ola. To ona je urodziła. Ja jestem mamą społeczną – zaznacza Karolina. – Moją obawą jest to, że chociaż mamy wszystkie niezbędne pełnomocnictwa, wolę Oli jako rodzica biologicznego, a nawet testament, gdyby z jakiegoś powodu Oli przy nas zabrakło, ja będę musiała w sądzie stoczyć walkę o prawo do opieki. Wtedy być może będę musiała stoczyć walkę również z systemem, bo przez to, co się dzieje obecnie w polityce, nie możemy mieć pewności, że ten proces przebiegłby bezproblemowo. Nie wiemy, jak w takiej sytuacji patrzyłby na naszą rodzinę biegły psycholog, sąd… I to najbardziej nas martwi – zaznacza Karolina.
Karolina i Ola przyznają, że w przeszłości rozważały przeprowadzkę do Włoch. – Przeszło nam przez myśl, żeby wziąć tam ślub. Wtedy, gdyby cokolwiek wydarzyło się tu w Polsce, Karola mogłaby spakować rzeczy i po prostu uciec z dziećmi – tłumaczy Ola. Szybko jednak dodaje, że wraz z partnerką zrezygnowały z tego rozwiązania. Dlaczego? – Nie chcemy uciekać. Poza tym w Polsce mamy rodzinę, przyjaciół, znajomych, prace… Całe swoje życie – tłumaczą.
Raport LGBT+ Pride 2024 pokazuje, że w ciągu ostatniej dekady poparcie dla legalizacji małżeństw jednopłciowych znacząco wzrosło. Obecnie aż 67 proc. Polaków uważa, że pary homoseksualne powinny mieć możliwość zawarcia małżeństwa lub zalegalizowania związku w inny sposób. Aby tak się jednak stało, potrzebna jest nie tylko chęć, ale także konkretne działanie polityków. – Społeczna akceptacja rośnie. Jednak nie znaczy to, że tęczowe rodziny nie cierpią z powodu wykluczenia i braku rozwiązań prawnych. Proszę wyobrazić sobie stres rodzica, który nie wie, co się stanie z jego dzieckiem, gdyby z jakiegoś powodu go zabrakło. Tęczowi rodzice niestety muszą zmagać się z tą myślą – zaznacza dr Joanna Śmiecińska.
Źródło: CHILLIZET