Wszystkie nasze głosy. Nadrobiłam „Follemente. W tym szaleństwie jest metoda”
Jak dobrze wypaść na randce? Co dzieje się w sytuacjach, w których nie mówimy nic, ale w głowie mamy huragan? Jak żyć z rwącym strumieniem myśli? Paolo Genovese z uśmiechem przedstawia odpowiedzi na te pytania w komedii romantycznej „Follemente. W tym szaleństwie jest metoda”.
Obejrzałam „Follemente. W tym szaleństwie jest metoda”. Lepiej późno niż wcale
Mogłoby się wydawać, że jako ludzie jesteśmy dość prości. Poruszamy się, oddychamy, mówimy - ot, niespecjalnie zachwycające maszyny ze skóry i kości, z konkretnymi funkcjami życiowymi, od najmłodszych lat socjalizowane na różne sposoby. W środku drzemie jednak specyficzny, bijący kawałek mięsa, któremu najczęściej obrywa się za emocjonalne przeżycia i związkowe rozczarowania. Zupełnie zresztą niesłusznie, bo uczuciowa chemia pochodzi z naszego umysłu. To tam pracują neuroprzekaźniki i to właśnie ta przestrzeń odpowiada za fizyczne reakcje reszty organizmu - podwyższone ciśnienie, spocone ręce czy słynne motylki w brzuchu.
W „Follemente. W tym szaleństwie jest metoda” Paolo Genovese próbuje sportretować nie tylko odwieczny taniec relacji damsko-męskiej, ale i zamieszanie w naszych głowach. Pomysł jest prosty. Piero (Edoardo Leo) umawia się na pierwszą randkę z Larą (Pilar Fogliati). Spotkanie w jej mieszkaniu odbywa się nie w dwójkę, a w dziesiątkę - każdej ze stron towarzyszą bowiem cztery postaci rezydujące w głowach. Wszystkie gesty, wypowiedziane słowa czy konkretne decyzje są w tej konwencji wynikiem sporów odrębnych elementów ludzkiej osobowości. Wnętrza bohaterów, którzy desperacko starają się dobrze wypaść, są tłumne. Zajmujące je osoby reprezentują konkretne emocje. U Piero pojawiają się ostentacyjnie pożądliwy Eros (Claudio Santamaria), reprezentujący zdrowy rozsądek Profesor (Marco Giallini), cyniczny Valium (Rocco Papaleo) i Romeo konfrontujący się z emocjami uznawanymi za niewygodne w tradycyjnym, męskim świecie (Maurizio Lastrico). U Lary ich odpowiednikami są seksbomba Trilli (Emanuela Fanelli), chłodna i niezależna Alfa, rzucająca cytatami feministycznej działaczki Carli Lonzi (Claudia Pandolfi), nadąsana gotka Scheggia (Maria Chiara Gianetta) i eteryczna, marząca o prawdziwej miłości Giulietta (Vittoria Puccini). Skojarzenie z animacją „W głowie się nie mieści” nasuwa się samo, ale to zdecydowanie mniej zawiła fabularnie wersja dla dorosłych.
Wybuchowa mieszanka w każdym z nas. Kto mówi w środku?
Spory wszystkich postaci oscylują początkowo wokół niezbyt istotnych kwestii. Mieszkańcy umysłu Piero - miejsca przedstawionego na zasadzie zabałaganionej „męskiej jaskini” - kłócą się o wybór prezerwatyw; panie zasiadające w stylowym salonie symbolizującym wnętrze Lary nie wiedzą, które światło zapalić na czas domowego spotkania. Randka zaczyna się po ludzku, więc dość niezręcznie. To czas krępującego milczenia, niedopowiedzeń czy przejęzyczeń o erotycznym podtekście („Może położymy się przy stole?”). Im dalej postępuje wieczór, tym mocniej rozbrzmiewają głosy ze środka. Szczerość miesza się z drobnymi kłamstewkami, a odwaga z niechętnym odpuszczaniem. To również starcie odmiennych etapów życiowych. Zauważalnie starszy Piero ma córkę i przeszedł już przez jedno małżeństwo. Lara nieśmiało myśli o założeniu rodziny, choć jednocześnie ceni swoją wolność.
Trudno zrobić dobrą komedię romantyczną. Genovese bazuje na prostym pomyśle, ale często udaje mu się zainteresować widza - większość żartów wprowadza dość zręcznie, nawiązując do uniwersalnych, codziennych sytuacji. Jedną z najbardziej udanych scen jest niewątpliwie przekomiczne przedstawienie zbliżenia, gdzie jest miejsce i na męski autosabotaż, i na rozbudowane poszukiwanie kobiecego orgazmu.
W filmie pojawia się pewien flirt ze sztampą. Piero intensywnie myśli o piłce nożnej, a podczas słuchania zwierzeń przypomina sobie o odpowiednio zatroskanym wyrazie twarzy. Lara otrzymuje prezent od byłego chłopaka i wściekła wygłasza długą przemowę pod tytułem „Wy, mężczyźni…”. Dialogom brakuje czasem rozpędu jak we wcześniejszym hicie reżysera - „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Przedstawienie ostatecznej konfrontacji rezydentów obu głów się dłuży, ale całość jest na tyle przyjemna i lekkostrawna, że wszelkie uchybienia można tu wybaczyć.
Genovese przypomina: nie jesteś tylko swoim rozsądkiem, popędem, romantyzmem czy zniechęceniem. W maszynie ze skóry i kości przelewają się emocjonalne wielkie wody, tańcząc razem w oceanie, który niełatwo wypluć. A każda z kropel wody jest inna...
Źródło: CHILLIZET