Ojcem filmu lalkowego jest Polak. Biły się o niego wytwórnie, dziś jest postacią zapomnianą
Władysław Starewicz jest jedną z najwybitniejszych, a zarazem najbardziej zapomnianych postaci polskiej kultury. Gdyby nie on, być może nigdy nie doszłoby do powstania "Jacka i Agatki" czy "Misia Uszatka". Starewicz zrewolucjonizował światowe kino, to on wprowadził do filmu lalki, tworząc tym samym nowy gatunek animacji. Ubiegały się o niego wytwórnie z całego świata. Zmarł jako bankrut w kompletnym zapomnieniu.
- Jak Władysław Starewicz przyczynił się do rozwoju filmu lalkowego.
- Dlaczego Starewicz zdecydował się na tworzenie filmów animowanych z owadami.
- Co uniemożliwiło Władysławowi Starewiczowi powrót do Polski.
- Dlaczego Starewicz odmówił pracy na amerykańskim rynku filmowym.
Urodził się w Moskwie, ale wychował w Kownie. Pochodził z rodziny polskiej, w dodatku szlacheckiej. Zawsze czuł się Polakiem i nad Wisłą chciał nawet osiąść, lecz powrót do ojczyzny uniemożliwił mu wybuch wojny w 1939 roku. Władysław Starewicz - jedna z najwybitniejszych, a jednocześnie najbardziej zapomnianych postaci polskiej kultury. Był pionierem animacji, ojcem filmu lalkowego, który stworzył na potrzeby własnej fantazji i fascynacji.
Ojciec filmu lalkowego był Polakiem
Starewicz już jako dziecko wykazywał znaczący talent plastyczny. Dużo rysował, malował, a z czasem zaczął też uprawiać fotografię. Jako nastolatek doskonalił się w karykaturze i zyskiwał sławę jako lokalny satyryk. Oprócz tego fascynował się owadami, które kolekcjonował i samodzielnie preparował. W domu prowadził małą pracownię, w której eksperymentował ze sztuką i formą. I tam też zrodził mu się pomysł, który zrewolucjonizował kino na całym świecie.
Latem 1910 roku Władysław Starewicz chwycił za kamerę z zamysłem udokumentowania zwyczajów żuków jelonków. Zależało mu na sfilmowaniu momentu, w którym owady biją się o samicę. Zadanie to okazało się jednak awykonalne, bo w świetle żuki zamierały bez ruchu. Starewicz wpadł więc na nowatorski pomysł. Reżyser uśpił swoich bohaterów i przy pomocy cienkiego drucika stworzył z nich lalki, które zachowały swój oryginalny wygląd, ale zyskały przy tym ruchome kończyny. Żuki ubrał w maleńkie buty i kostiumy, a do ręki dał im rapiery. Do tego stworzył im stylizowaną dekorację.
I tak zdjęcie po zdjęciu, klatka po klatce, powstał pierwszy na świecie film lalkowy pod tytułem "Piękna Lukanida". Starewicz po obejrzeniu na ekranie wywołanych fotografii, miał zawołać: "Ruszają się, ruszają jak żywe! Co za fantastyczne tworzywo, zdolne kreować cuda!".
Domowy eksperyment otworzył mu drzwi do światowej kariery reżyserskiej, która oficjalnie rozpoczęła się w styczniu 1912 roku po podpisaniu kontraktu ze znanym moskiewskim filmowcem i producentem, Aleksandrem Chanżonkowem. Będąc już pod profesjonalną opieką Starewicz postanowił zrealizować kolejny film z udziałem owadów, tym razem jednak będącego adaptacją bajki "Konik polny i mrówka". Produkcja realizowana była w Moskwie, ale premiera odbyła się w Kopenhadze, 15 grudnia 1912. Sukces przeszedł najśmielsze oczekiwania. Sporządzono 140 kopii filmu, a jedną z nich wręczono nawet synowi cara, Aleksemu Nikołajewiczowi Romanowowi.
Kolejne filmy Starewicza jedynie utwierdzały jego wysoką pozycję w branży. Reżyser odnosił sukces za sukcesem, aż w końcu zaczęły bić się o niego wytwórnie filmowe. W 1919 roku reżyser przeniósł się z rodziną do Francji, gdzie dalej zajmował się animacjami lalkowymi. Tam też, idąc z duchem czasu, stworzył pierwszy w karierze film pełnometrażowy i to w dodatku dźwiękowy. "Opowieść o lisie" zadebiutowała jednak później, niż zakładał sam reżyser, bo dopiero w 1937 roku. Starewicz przez siedem lat zbierał fundusze na możliwość udźwiękowienia filmu, czym ostatecznie zajęła się berlińska wytwórnia UFA. Był to szósty na świecie pełnometrażowy animowany (drugi na świecie lalkowy) film dźwiękowy.
Władysław Starewicz zmarł w nędzy i zapomnieniu
Produkcje Władysława Starewicza charakteryzowało nie tylko nowatorstwo, lecz także precyzja. Reżyser starał się, aby jego postacie poruszały się płynnie, także w scenach ukazujących latanie czy spadanie. O Starewicza ubiegał się amerykański rynek filmowy, któremu świadomie odmówił (mimo bajecznych kontraktów). Do końca życia pozostał twórcą europejskim, choć kto wie, czy to go właśnie nie zgubiło. Po wojnie popularność Starewicza malała, aż w końcu doprowadziło to do jego bankructwa. Jego ostatni film, "Sen nocy letniej" nie został ukończony i całkowicie wyzuł go z pieniędzy. Ojciec filmu lalkowego zmarł w nędzy i zapomnieniu 26 lutego 1965 w Fontenay-sous-Bois.
Źródło: CHILLIZET / Filmoteka Narodowa