Kładka pieszo-rowerowa w Warszawie. Prof. Kuryłowicz wyjaśnia, jakie ma ona znaczenie dla miasta
Projekt kładki pieszo-rowerowej na warszawskim odcinku Wisły powstał wiele lat temu jako praca dyplomowa prowadzona pod kierunkiem profesor Ewy Kuryłowicz. Czym pierwotny projekt różni się od tego, który został zrealizowany? Jakie znaczenie ma dla mieszkańców Warszawy ta kładka? Na te pytania odpowiada prof. Ewa Kuryłowicz.
Katarzyna Kozak: Kładka pieszo-rowerowa to stosunkowo nowy punkt na mapie Warszawy, cieszący się niezwykłą popularnością. Zanim o niej porozmawiamy, chciałabym zapytać o warszawskie mosty. One są zupełnie inaczej wbudowane w tkankę miasta niż na przykład mosty we Wrocławiu, prawda?
Prof. Ewa Kuryłowicz: Mosty warszawskie są mostami komunikacyjnymi. Mamy dwa mosty kolejowe i dziewięć przepraw pieszojezdnych. Po niektórych z nich jeżdżą też tramwaje. Na Moście Świętokrzyskim wytyczone są ścieżki rowerowe i chyba już tak zostanie, bo kładka pieszo-rowerowa jest tak licznie odwiedzana, że rowery raczej się tam teraz nie mieszczą. Zresztą ten most jako pierwszy (nie licząc tymczasowego Mostu Syreny) łączył ten dziki brzeg Wisły (nagradzany zresztą za swój wyjątkowy charakter) z bulwarami wiślanymi.
We Wrocławiu jest inaczej. To miasto nazywane jest "polską Wenecją" i jest ono zupełnie inne niż Warszawa. Jest tam wiele wysp połączonych ze stałym lądem mostami, które są nie tyle elementem architektury, ile elementem urbanistyki miejskiej. One mają różne funkcje, nie tylko komunikacyjne.
Warszawy nie można porównywać do Wrocławia, ponieważ Wisła jest już ustawiona i profil miasta również. Z jednej strony jest skarpa, która obniża się w stronę Wisły i są tereny, osiągające poziom rzeki. Natomiast druga część miasta (po drugiej stronie rzeki) jest niżej. Rozmawiamy na Saskiej Kępie, która kiedyś terenem zalewanym. Przed wojną, zanim ta dzielnica powstała, były tu tereny mokre. Wojna bardzo przyczyniła się do zmiany charakteru mostów w Warszawie.
To prawda, Warszawa jest zupełnie inna niż Wrocław. Zresztą tam, tych mostów jest ponad 100, a kładek dla pieszych 30. Wspomniana kładka pieszo-rowerowa w Warszawie dała nam coś, czego namiastkę już mieliśmy po wybudowaniu Mostu Świętokrzyskiego. Idąc nim, mogliśmy iść wśród korony drzew. Teraz, dzięki kładce nie tylko możemy iść wśród korony drzew, ale i zejść po nie. Ta kładka wprowadza zupełnie inną atmosferę, pozwala na spokojniejsze obserwowanie obu brzegów Wisły.
Prof. Ewa Kuryłowicz: Tak, ta kładka ma jedynie 450 metrów, ale ludzie po niej spacerują, stają na środku i oglądają miasto z dwóch stron. Ta panorama, która jest widoczna ze środka kładki, jeśli patrzymy na lewy brzeg Wisły, jest faktycznie fantastyczna i nieporównywalna do żadnego innego widoku.
To porozmawiajmy o samej kładce. Jej pomysłodawczynią była Małgorzata Dembowska, Pani studentka na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Pomysł na kładkę powstał, jako praca magisterska, której Pani była promotorką. Jaka była Pani pierwsza reakcja na ten pomysł?
Prof. Ewa Kuryłowicz: Uważałam, że pomysł jest fantastyczny. My od dawna czyniliśmy wiele wysiłków, by zainteresować Pragą młodych projektantów. W tamtym czasie ta część miasta była marginalizowana, głównie z powodu braku pracy i wysokiego odsetka osób bezrobotnych (w tym czasie upadał przemysł).
Tu pozwolę sobie na pewną dygresję. Jest taki międzynarodowy konkurs, organizowany przez Francuzów, w którym brali udział nasi studenci i wygrali go (to było kilkanaście lat temu). Uczestnicy, biorący udział w konkursie, mogli wybrać dowolne miasto, a w nim teren o powierzchni bodajże 10 hektarów (nie pamiętam dokładnie) i zaproponować zmiany, które miałyby na celu poprawienie jakości życia, nie tylko pod względem społecznym, ale i przestrzennym, oraz środowiskowym (chodziło o lepszą interakcję z przyrodą). Chłopcy zaproponowali produkcję łodzi szkutniczej, która angażowałaby mieszkańców Pragi i dawała im pracę (nie musieliby jeździć do pracy przez całe miasto, tylko mieliby ją pod nosem). Jednocześnie przygotowali projekt mariny. Piękny to był projekt, nic dziwnego, że wygrali.
W tym czasie powstało wiele ciekawych projektów związanych z Pragą, m.in. projekt Muzeum Pragi. Ono powstało wiele lat później, ale nie wiem, czy korzystano z naszych projektów. Raczej wątpię.
Praga przez cały czas była w orbicie naszych zainteresowań, więc gdy Małgosia Dembowska przyszła z pomysłem kładki pieszo-rowerowej, to ja byłam bardzo pozytywnie do niego nastawiona. Mieliśmy już tę Pragę rozpoznaną, wiedzieliśmy, że jest takim brzydkim kaczątkiem Warszawy. Trochę takiem niechcianym dzieckiem. Przyczyn było wiele, m.in. był to efekt zaszłości historycznych, zwłaszcza w czasie II Wojny Światowej, a także skomplikowanych procesów odbudowy miasta (na Pradze zostało trochę substancji mieszkaniowej, dało się tam mieszkać, więc ona po wojnie nie była remontowana).
Wracając do tego pomysłu kładki pieszo-rowerowej, to ta praca magisterska została bardzo rzetelnie przygotowana. Składała się z części teoretycznej i projektowej. Autorka pisała o Pradze, jako miejscu wciąż nieodkrytym, i proponowała, by kładka powstała jako część traktu praskiego, który miał łączyć Starą Pragę, czyli m.in. ulicę Okrzei, Ząbkowską, z terenami najpopularniejszymi w Warszawie, czyli Traktem Królewskim, który schodzi po skarpie do dołu. Małgosia napisała, co faktycznie takie połączenie może dać miastu i ludziom (ta analiza była oparta m.in. na aspektach ekonomicznych). Autorka dostała za ten projekt wiele nagród (zresztą słusznie), ale też chodziła do władz miasta, by namówić je, do zorganizowania konkursu na taką kładkę i wybudowania jej. Wiedziała, że przez to nie będzie mogła wziąć udziału w tym konkursie, ale idea była ważniejsza.
Czyli to nie jej projekt został wdrożony?
Prof. Ewa Kuryłowicz: Nie, ale to całe przedsięwzięcia było jej inicjatywą i ogromną zasługą.
A jak miała wyglądać kładka według projektu Małgorzaty Dembowskiej?
Prof. Ewa Kuryłowicz: Ona była miała połączenia na różnych poziomach na różnych brzegach. Natomiast zawierała w swoim środkowym przęśle takie elementy, które jednocześnie były osłoną od wiatru i takim miejscem zatrzymania. Można było na niej wejść wyżej.
Czyli miała, jakby drugie piętro?
Prof. Ewa Kuryłowicz: Tak, ono było połączone schodami z głównym poziomem chodzenia. Miało też pełnić funkcję osłony od wiatru, bo rzeka zawsze wzmaga ruch powietrza, więc ten wiatr jest bardziej intensywny.
Kładka, która została wyłoniona w konkursie konkursu, jest trochę inaczej zaprojektowana, ale równie dobra. Oczywiście jest to przeprawa wąska (taka jest cecha kładek pieszych). Osłonę od wiatru sprytnie wprzęgnięto w układ konstrukcyjny mostu. Jest to bardzo ładnie zrobione. Uważam ją za jedną z ładniejszych. Można ją porównać nawet do londyńskiego The Millennium Bridge.
To miała być kładka pieszo-rowerowa, ale nie ma tam rozdzielonych stref dla rowerzystów i dla pieszych. Dlaczego tak się stało?
Prof. Ewa Kuryłowicz: Rowerzyści na bulwarach mają wydzieloną ścieżkę i mogą tam rozwijać prędkości. Niestety, niejednokrotnie zbyt duże, co jest moim zdaniem zupełnie nie do przyjęcia. Widzę to i dodam, że jako mieszkanka Powiśla, kiedyś częściej chodziłam na bulwary, a teraz po prostu się boję. Myślę, że intencją projektantów było zmuszenie zarówno rowerzystów, jak i pieszych do większej uważności. Jedni i drudzy muszą na siebie uważać. Oczywiście w tej chwili kładka jest tak zatłoczona, że trudno tam spacerować, nie mówiąc już o jeździe na rowerze. Ale to z czasem minie. To jest efekt nowości. Rowerzyści mogą korzystać z Mostu Świętokrzyskiego, gdzie po obu stronach są wygodne, szerokie ścieżki rowerowe i można tam naprawdę szybko jechać (jeśli komuś na tym zależy). A na kładce wszyscy musimy na siebie uważać, bo są tam ludzie w różnym wieku.
Rzeczywiście kładka jest bardzo popularnych miejscem. Podobno w pierwszym tygodniu od otwarcia odwiedziło ją ponad 200 tys. osób (ale mogą to być dane niedoszacowane). Ale celem kładki, jak Pani wspomniała, było też przekierowanie ruchu turystycznego na Pragę.
Prof. Ewa Kuryłowicz: Tak, to był główny cel tej przeprawy. Chodzi o to, aby tych spacerowiczów skierować dalej na Pragę. Oczywiście nie wiem, z której strony wchodzi ich więcej, czy od strony Pragi, czy od strony bulwarów wiślanych (to byłyby ciekawe dane!). Nam chodziło o to, aby ci, którzy przemaszerują te 450 metrów, poszli dalej, na przykład ulicą Okrzei, gdzie można się napić dobrej kawy po wietnamsku, albo można pójść dalej na Ząbkowską, tak też jest wiele kafejek i restauracji. Mam nadzieję, że uda się ten efekt zrealizować.
Zamykając temat Pragi, chciałam dodać, że po tej praskiej stronie jest też odnowiony budynek przy fabryce Wedla, który teraz przypomina bombonierkę lub olbrzymią tabliczkę czekolady. Jesienią zostanie on otwarty dla zwiedzających, będzie się tam mieściło Muzeum – Fabryka Czekolady. Wejście będzie od strony Parku Skaryszewskiego. Bardzo Pani dziękuję za tę rozmowę.
Źródło: CHILLIZET