Jarocin to więcej niż festiwal. Jak prawdziwy rock zmienił ludzi i ich świat w PRL?

5 min. czytania
Aktualizacja 09.06.2025
09.06.2025 11:42
Obserwuj nas w Google
---- ----

W czerwcu mija 45 lat od powstania Jarocina – legendarnego festiwalu, który w szarej rzeczywistości PRL stał się prawdziwą rockową oazą wolności. Dziś, z sentymentem wspominamy to niezwykłe miejsce, gdzie młodzi ludzie mogli wyrażać siebie bez cenzury, a muzyka była głosem buntu i nadziei. Przenieś się w czasie do epoki prawdziwych punkowców i poczuj magię festiwalu, który ukształtował całe pokolenie.

Festiwal w Jarocinie
fot. APP/REPORTER/ East News
--1-- ----
  • Dowiedz się, jak Jarocin stał się "mekką subkultur" i "oazą wolności" w szarej rzeczywistości PRL, dając upust emocjom pokolenia.
  • Poznaj kulisy festiwalu, który był wentylem bezpieczeństwa dla władz, a jednocześnie trampoliną dla legendarnych zespołów, kształtując scenę muzyczną i postawy młodych.
  • Dlaczego styl Jarocina jest dziś częścią mainstreamowej mody i jak festiwal, pomimo upływu lat, wciąż inspiruje i przypomina o sile prawdziwego rocka

Parafrazując słowa pewnej piosenki, można byłoby napisać, że "dziś prawdziwych punkowców już (prawie) nie ma" i piszę te słowa z pewnym smutkiem. W czerwcu tego roku obchodzimy 45. rocznicę pojawienia się na muzycznej mapie Polski festiwalu w Jarocinie i wielu z nas z sentymentem wspomina ten czas.

Festiwal w Jarocinie to nie tylko kawałek muzycznej historii Polski – to prawdziwy fenomen, który na lata stał się symbolem wolności, buntu i nieskrępowanej ekspresji młodych ludzi w realiach Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Prof. Waldemar Kuligowski z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu podkreśla w rozmowie z Tomaszem Szczerbickim z PAP, że żaden inny polski festiwal nie połączył tak silnie ludzi, tworząc coś, co dziś nazywamy "pokoleniem Jarocina".

Początki Jarocina: od przeglądu do legendy

Pierwsza edycja tej legendarnej imprezy odbyła się w dniach 6-8 czerwca 1980 roku. Początkowo festiwal funkcjonował pod nazwą Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji (w latach 1980-1982). Z czasem, bo już w 1983 roku, zmieniono jego nazwę na bardziej chwytliwy Festiwal Muzyków Rockowych. Co ciekawe, termin "rockowych" był wówczas niezwykle pojemny – obejmował szerokie spektrum gatunków, od punk rocka i heavy metalu, przez bluesa i reggae, aż po muzykę alternatywną.
Pomysł na stworzenie tak wyjątkowego wydarzenia narodził się pod koniec lat 70. XX w., kiedy to kilku menedżerów, w tym Walter Chełstowski, Jacek Sylwin, Wojciech Korzeniewski i Marcin Jacobson, dostrzegło rosnącą energię na polskiej scenie rockowej. Był to czas, gdy rock był "traktowany przez ówczesne władze komunistyczne po macoszemu" – praktycznie nieobecny w radiu, z niewielką liczbą nagrywanych płyt. Jarocin stał się odpowiedzią na tę lukę, dając szansę nowo powstającym zespołom na szersze zaistnienie. Festiwal w pierwotnej formule zakończył swoją działalność w 1994 roku, by po latach prób powrócić w unowocześnionej formie w 2005 roku.

Jarocin: oaza wolności w cieniu drutu kolczastego

Czym Jarocin był dla młodych ludzi w latach 80.? Prof. Kuligowski jednoznacznie stwierdza, że był postrzegany jako "coś wyjątkowego". Wspomnienia z tamtych lat utrwalają go jako "mekkę subkultur" i "oazę wolności". Jak zauważył Paweł Konjo-Konnak, festiwal był "taką mekką otoczoną drutem kolczastym".

Ta metafora doskonale oddaje paradoks Jarocina. Z jednej strony, był to azyl, gdzie można było "swobodnie demonstrować swoje poglądy estetyczne, światopoglądowe i polityczne, np. za pośrednictwem stroju". To właśnie tutaj młodzi ludzie mogli bez skrępowania opowiedzieć o prawdziwych problemach codziennego życia, wykraczając poza narzucaną przez socjalizm sztampę. Z drugiej strony, ten wentyl wolności był pod ścisłą kontrolą. Szczególnie od 1983 roku cenzura – jak podkreślił w rozmowie z PAP prof. Waldemar Kuligowski – "mocno ingerowała w organizację festiwalu, kontrolowała teksty, plakaty, a nawet nazwy zespołów". Przykładem jest plakat z fanem w czarnych okularach, który nie został dopuszczony do druku, ponieważ skojarzenie z generałem Wojciechem Jaruzelskim było zbyt oczywiste.

Mimo tych ograniczeń, a nawet stanu wojennego (kiedy to festiwale w Opolu i Sopocie zostały odwołane), Jarocin trwał. Władze, choć z trudem panowały nad euforią i buntem młodzieży, zdawały sobie sprawę, że "młodzież, pozbawiona możliwości ekspresji, mogłaby równie łatwo zaangażować się w protesty o charakterze politycznym". Festiwal stał się więc – jak podkreśla prof. Kuligowski – "swoistym wentylem bezpieczeństwa", kontrolowaną przestrzenią, gdzie młodzi mogli dać upust emocjom – co było "mniejszym złem" dla partyjnych decydentów.

Redakcja poleca

Scena w Jarocinie i jej bohaterowie: legendy i wspólnota

Jarocin to przede wszystkim muzyka i niezapomniane występy. Na scenie pojawiała się prawie każdy znany wówczas polski zespół rockowy. Listę legendarnych nazw można by wymieniać długo, znaleźli się na niej m.in.: Siekiera, T.Love, Dżem, TSA, Oddział Zamknięty, Armia, IRA, Izrael, Perfect, Lombard, Dezerter, Voo Voo, Lech Janerka, KSU, Tilt, Farben Lehre, Sztywny Pal Azji, Kult, Piersi, Kobranocka, Acid Drinkers, Closterkeller, Hey, Big Cyc, Kat, Moskwa. Festiwal był również trampoliną dla debiutantów, a sukces na jarocińskiej scenie często otwierał drzwi do dalszej kariery, jak w przypadku zespołu TSA w 1981 roku.

Publiczność Jarocina słynęła ze swojej bezkompromisowości – nie tolerowała kapel i wykonawców uznawanych za pupili władzy, reagując na ich występy rzucaniem kamieni, butelek, pomidorów czy błota. Wokół festiwalu narosły też mity o rzekomych konfliktach między subkulturami. Prof. Kuligowski studzi te nastroje, wskazując, że "konflikty między subkulturami na festiwalu w Jarocinie były w dużej mierze wykreowane przez media". Dziennikarze szukali sensacji, a wyróżniający się wyglądem punkowcy czy metalowcy idealnie nadawali się na pierwsze strony gazet. W rzeczywistości, poza incydentami, rastamani, hipisi, punkowcy, metalowcy, "porpesi" i tzw. normalsi – bawili się razem pod sceną.

Spichlerz Polskiego Rocka w Jarocinie
Fot.

Siła rażenia i trwałe dziedzictwo: pokolenie Jarocina

"Siła rażenia" tego wydarzenia kulturalnego była – jak podkreśli prof. Kuligowski – "bardzo duża – zdecydowanie wykraczała poza publiczność zgromadzoną pod sceną". To właśnie tam powstał "alternatywny obieg artystyczny", dając przestrzeń artystom, których nie można było zobaczyć nigdzie indziej. Nagrania z koncertów, często fatalnej jakości, kopiowane z magnetofonów (np. Grundigów), rozchodziły się po całej Polsce, docierając do znacznie szerszej publiczności niż te kilkanaście tysięcy osób obecnych pod sceną.

To właśnie dzięki temu zjawisku możemy mówić – co podkreśla prof. Kuligowski – o istnieniu realnej grupy ludzi, którą można określić mianem "pokolenia Jarocina". Ten festiwal dorobił się wyjątkowego "etosu – zbioru wartości, który do dziś łączy pewną grupę osób, nawet jeśli nie brały one bezpośredniego udziału w festiwalu".

Zadziwiające jest to, jak stylistyka Jarocina – podarte dżinsy, skórzane kurtki, kolczyki – niegdyś potępiana, dziś stała się częścią mainstreamowej mody. Dzieje się tak z kilku powodów:

  • ludzie chcą przynależeć do legendy,
  • działa mechanizm sentymentalizacji, który każe zapominać o trudnych warunkach, a pamiętać o pozytywnych doświadczeniach,
  • a poza tym – co podkreśla prof. Kuligowski – "współczesny przemysł kulturowy potrafi wchłonąć nawet znaki sprzeciwu wobec samego siebie".

To, co 40 lat temu było efektem postawy "zrób to sam" – irokezy układane samodzielnie, kurtki malowane własnoręcznie – dziś można kupić w sieciówce w kilka godzin za niewielką sumę.

Festiwal w Jarocinie to nie tylko wspomnienie koncertów, to także dziedzictwo utrwalone w setkach płyt, filmach dokumentalnych takich jak "Jarocin ’82", "Fala", czy powstały na zlecenie BBC "Moja krew, twoja krew". To żywa legenda, która wciąż inspiruje i przypomina o czasach, gdy muzyka rockowa była czymś więcej niż rozrywką – była głosem wolności.

Redakcja poleca

Źródło: CHILLIZET/ PAP Tomasz Szczerbicki