Jest prekursorką fotografowania narodzin w Polsce. Pokazuje, jak naprawdę wygląda poród

9 min. czytania
Aktualizacja 27.03.2025
27.03.2025 12:18
Obserwuj nas w Google
---- ----

– Fotografia narodzin to ekstremalna fotografia reportażowa. Nigdy nie wiem, co zastanę na miejscu, ile godzin spędzę robiąc zdjęcia, jakie będę miała warunki – mówi nam Ania Wibig, prekursorka fotografowania narodzin w Polsce. – Ból i fizjologia nie są głównymi bohaterami moich kadrów, to jedynie tło. Bo poród to nie jest jeden wielki skurcz. To proces, który doprowadza rodziców do pierwszego spotkania z dzieckiem – podkreśla.

Jak naprawdę wygląda poród? Ania zajmuje się fotografowaniem narodzin
fot. mat. prywatne
--1-- ----

Monika Kurowska: Jak wspominasz swoje porody?

Ania Wibig: Rodziłam w szpitalu. To było dosyć dawno, bo moja najstarsza córka ma już trzynaście lat, a najmłodsza sześć. Muszę przyznać, że z biegiem lat obrazy z porodów coraz bardziej rozmywają mi się w pamięci. Niestety nie mogę do nich wrócić. Mam tylko kilka zdjęć, które zrobił mi mąż tuż po porodzie. Myślę, że to właśnie te zdjęcia wpłynęły na to, jak zapamiętałam tamte chwile, bo gdy zapytałaś mnie o porody, pomyślałam właśnie o tych kadrach. To chyba tak właśnie działa. Pamięć przechowuje wspomnienia z porodów tak głęboko, że czasami bez „pomocy” trudno jest nam po nie sięgnąć. Ale muszę przyznać, że ta zacierająca się pamięć wywołuje we mnie jakiś rodzaj tęsknoty. Tęsknię za wspomnieniami, których już nie uda mi się odzyskać...

Pytam o twoje doświadczenia nie bez przyczyny. Pokazujesz porody i mówisz o nich z niezwykłą, niespotykaną wręcz czułością. Zastanawiam się, czy źródło tej czułości tkwi w twoich osobistych przeżyciach?

Ania Wibig: Tak po prostu widzę te wydarzenia. Uważam, że są to niesamowicie piękne momenty, ze względu na prawdę, jaką ze sobą niosą. Są zanurzone w naturalnych, szczerych emocjach. Może rzeczywiście to, jak patrzę na porody wiąże się z wrażliwością, którą mam w sobie, i która opiera się na moich doświadczeniach. Przeszłam przez porody naturalne. I chociaż nigdy tak o tym nie myślałam, może te przeżycia wyczuliły mnie na to, jak kobieta podczas porodu może się czuć. Może właśnie dzięki tym przeżyciom w czasie sesji porodowych wyczuwam momenty, w których powinnam się wycofać, wyjść z sali, dać przestrzeń kobiecie na pobycie samą…

Fotografia porodów jest nietypowym rodzajem fotografii dokumentalnej. Trzeba doskonale znać swój aparat i swoje możliwości. Gdybym miała porównać do czegoś tę pracę, porównałabym ją do nauki jazdy samochodem. Na początku jesteśmy niepewni, zmieniając biegi patrzymy nerwowo na skrzynię, żeby się upewnić, czy robimy wszystko dobrze i poprawnie. Ale po pewnym czasie, gdy nabierzemy już doświadczenia, nie musimy patrzeć, robimy to instynktownie. Wtedy możemy jechać przed siebie i podziwiać to, co rozpościera się przed nami. Wydaje mi się, że właśnie stąd bierze się moje podejście. Ja po prostu idę, patrzę przez obiektyw i zachwycam się tym, co widzę przed sobą…

To, co mówisz jest piękne, ale zdecydowanie niekonwencjonalne. Bo poród przecież kojarzy się głównie z bólem.

Ania Wibig: Fotografując na pewno nie udaję, że tego bólu nie ma. Ale ból i fizjologia nie są głównymi bohaterami moich kadrów, to jedynie tło. Bo poród to nie jest jeden wielki skurcz. Gdy kilka lat temu zaczynałam fotografować, nazywałam to, co robię fotografią porodową, ale dosyć szybko zorientowałam się, że poród to słowo, które nas boli. Zmieniłam więc nazewnictwo. Teraz częściej mówię, że fotografuję narodziny, a więc proces, który doprowadza rodziców do pierwszego spotkania z dzieckiem. Bo to jest przecież sedno całej sytuacji. Nie fotografuję porodu dla porodu.

Wydaje mi się, że patrzenie na narodziny przez pryzmat bólu jest kwestią tego, jakie obrazy serwują nam nieustannie mass media. W telewizji mówi się o porodach właściwie tylko wtedy, gdy konotacja jest negatywna - gdy na sali porodowej dochodzi do komplikacji i dzieje się coś złego. W filmach sceny porodu zazwyczaj są bardzo odrealnione. Najpierw słyszymy wrzaski, jęki i krzyki, potem widzimy krew. Na końcu na ręce matki wskakuje trzymiesięczny bobas...

Jednak mam wrażenie, że młode mamy za pośrednictwem mediów społecznościowych chcą odrobinę zmienić tę potworną narrację. Obserwujemy obecnie „nową falę” matek. Pokazują macierzyństwo takie, jakim jest, mówią otwarcie o zaletach porodów domowych. To trochę przeciwwaga dla tego, o czym mówisz.

Ania Wibig: Zdecydowanie tak i to wpływa na zainteresowanie fotografią z narodzin. Gdy pięć lat temu rozmawiałam z ludźmi o tym, że chciałabym fotografować porody, najczęściej spotykałam się z pytaniem: „co właściwie chcesz fotografować, rozdarte krocze?” Tak jakby to właśnie rozdarte krocze było głównym bohaterem tej sytuacji... Pamiętam, że gdy po raz pierwszy powiedziałam mojej mamie, że chcę zająć się fotografią porodową i robić reportaże z narodzin, po prostu zbladła. Powiedziała: „ktoś w ogóle chce takie zdjęcia oglądać”. Potem włączyłam jej slideshow z moimi kadrami, a ona popłakała się ze wzruszenia. Powiedziała, że nigdy nie patrzyła na poród z takiej perspektywy. Zawsze myślała o nim, jako o fizjologicznym procesie, który po prostu trzeba jakoś przecierpieć.

Dziś popularność fotografii porodowej jest większa.

Ania Wibig: Zainteresowanie reportażami z narodzin wrasta, ponieważ zmienia się podejście kobiet do porodu. Warunki na porodówkach w trakcie ostatnich dekad bardzo się poprawiły. W czasach PRL-u dziesięć kobiet ubranych w przykrótkie koszule rodziło w jednej sali przedzielonej parawanami. O prywatności właściwie nie było mowy. Dziś porodówki coraz częściej chcą tworzyć rodzącym rodzinny klimat. Są pojedyncze sale do porodu, wyposażone często w wannę. Podczas porodów pozwalają włączyć muzykę, przygasić światło. Dostępna jest też aromaterapia. Obserwuję te zmiany z bliska i jestem pod wrażeniem. Gdy przed pierwszym porodem w szkole rodzenia zapytałam w czym mam rodzić, usłyszałam, że najlepiej zabrać ze sobą stary podkoszulek męża, żeby nie było mi żal go potem wyrzucić. Wyobraź sobie, jaki obraz wtedy pojawił się w mojej głowie...

Dziś dziewczyny rodzą w sukienkach zaprojektowanych specjalnie na tę okazję – wygodnych, ale taż pięknych, wykonanych ze świetnej jakości materiałów. Kobiety chcą się czuć pięknie i komfortowo na sali porodowej. Według mnie nie ma w tym nic złego. Bo kiedy przestajemy postrzegać poród jako coś przerażająco i strasznego, chcemy go świętować, utrwalić, uwiecznić. Potrzeba zapamiętania tego momentu pojawia się naturalnie. Zupełnie inaczej jest, gdy boimy, że poród będzie traumatycznym przeżyciem. Wtedy nie chcemy mieć go na zdjęciach.

Wspomniałaś, że wygląd dla kobiet jest ważny. Spotykasz się z obawami „jak wyjdę na zdjęciach”? Przyszłe mamy w ogóle myślą o takich kwestiach?

Ania Wibig: Mam ten komfort, że dysponuję bogatym portfolio. Dziewczyny, które do mnie dzwonią zazwyczaj wcześniej widzą moje prace – chociażby w social mediach. Wiedzą więc, czego mogą się spodziewać. Zdają sobie sprawę z tego, że nie stosuję retuszu. Nie odchudzam, nie przeklejam, nie wygładzam skóry i nie wybielam zębów. Ludzie na moich zdjęciach wyglądają tak, jak w rzeczywistości. Nie zdarzyło mi się nigdy, przy oddaniu zdjęć usłyszeć od mamy „tutaj mam drugi podbródek, więc to zdjęcie odpada” lub „ten profil mam gorszy, więc nie bierzemy tego kadru”. A przecież nie przychodzą do mnie modelki. Fotografuję różne kobiety – także jeśli chodzi o sylwetki i kształty.

Planujesz sesje? To jest w ogóle wykonalne?

Ania Wibig: Fotografuję porody od dawna i jeszcze nie doświadczyłam dwóch takich samych. Spotykam się z rodzicami przed narodzinami, staram się zapoznać z ich wyobrażeniami. Pytam, jak chcieliby pokazać ból i fizjologię. Są kobiety, które odczuwają silną potrzebę, by na zdjęciach pokazać cielesność bardzo dosłownie. Mówią mi, że jeśli wykonanie zdjęcia krocza z wyłaniającą się główką będzie możliwe, to bardzo chciałyby je mieć w swoim albumie. Często słyszę, że takie kadry potrafią dodawać później mamom siły w trudnych momentach. Są też panie, które na zdjęciach nie chcą pokazywać wszystkiego. Rozumiem to i szanuję. Podczas porodu skurcze odchodzą i przychodzą. Pomiędzy nimi można sfotografować cały wachlarz emocji i ogromną ekscytację.

Zdarzyło ci się, że jakaś mama patrząc na twoje portfolio wskazała palcem i powiedziała „chcę taki kadr”?

Ania Wibig: W takich sytuacjach zawsze odpowiadam, że jeśli pojawi się możliwość to postaram się sfotografować podobny moment. Ale wykonanie takich samych zdjęć z dwóch różnych porodów jest właściwie niemożliwe.

Rzeczywistość weryfikuje oczekiwania i plany…

Ania Wibig: Przede wszystkim trzeba mieć ogromną pokorę wobec sytuacji. Pójść za tym, co się dzieje. Za naturą. Często, w trakcie przygotowań do reportaży z porodów domowych odwiedzam pary, które czekają na dziecko. Wtedy zazwyczaj przyszli rodzice pokazują mi, gdzie będzie stał basen. Pytają, z której strony ułożyć potrzebne przedmioty, gdzie będzie lepsze światło. Ustalamy to i wszystko wydaje się idealnie zaplanowane. A później przyjeżdżam na miejsce i okazuje się, że poród trwa w łazience, pod prysznicem przy jednej świeczce. Wtedy podążam za tym, co się dzieje. 

Fotografia narodzin to ekstremalna fotografia reportażowa. Nigdy nie wiem, co zastanę na miejscu, ile godzin spędzę robiąc zdjęcia, jakie będę miała warunki. Czy poród będzie odbywał się w ciasnej łazience, czy w przestronnym salonie. Jaka będzie pozycja przy rodzeniu. To wszystko zmienia się bardzo szybko. Zawsze też muszę być gotowa na to, by wyruszyć w drogę. Dostaję telefon od rodzącej, słyszę „chyba się zaczyna” i po prostu jadę. Adrenalina jest naprawdę ogromna. Bo nic nie kontrolujesz. To nie jest studio fotograficzne, w którym możesz sobie zaaranżować konkretną sytuację, powtórzyć ujęcie. Podczas porodu masz tylko jedną szansę na wykonanie zdjęcia, a tak naprawdę niewiele zależy od ciebie.

Panowie chętnie biorą udział w porodowych sesjach zdjęciowych?

Ania Wibig: To jest jedno z moich największych zaskoczeń. Bardzo często jest tak, że kobiety przychodzą do mnie i mówią, że moje zdjęcia bardzo się im podobają. Chcą, żebym była obecna podczas narodzin i są bardzo podekscytowane tą wizją. Dodają jednak, że muszą ustalić to z mężem lub partnerem. Za jakiś czas wracają i mówią ze smutkiem: on nie chce.

To absurdalne, biorąc pod uwagę rolę kobiety w tym procesie…

Ania Wibig: Długo też myślałam o tym, w ten sposób. Prawdę powiedziawszy, gdy zaczynałam fotografować wydawało mi się, że kobiety mogą mieć problem z tym, żeby zdecydować się na tak intymne zdjęcia. Bo przecież to kobieta podczas porodu pokazuje swoje ciało. Wchodzi w takie momenty, w których trudno jest jej kontrolować emocje. To ona jest na pierwszym planie. Bardzo zdziwiłam się, gdy okazało się, że znacznie częściej to panowie nie wykazują entuzjazmu. Obserwuję z ich strony różne reakcje, ale właściwie zawsze są to reakcje negatywne – od sceptycyzmu aż po skrajną niechęć.

Zdarzyło ci się nie zrealizować sesji z powodu braku zgody ojca dziecka?

Ania Wibig: Niestety tak. Takie sytuacje są dla mnie zawsze bardzo trudne. Jest mi przykro z powodu emocji, które widzę u kobiet w takich chwilach. Wyobraź sobie… dziewczyna przychodzi do mnie i mówi: pragnę takich zdjęć, to moje marzenie, chcę w ten sposób zapamiętać poród i narodziny. A po jakimś czasie wraca, już bez tego entuzjazmu, z informacją: niestety muszę zrezygnować, mąż nie pozwala...

Rozmawiasz wtedy z takimi mężczyznami?

Ania Wibig: Zdarza mi się uczestniczyć w namowach. Kierowana doświadczeniem, gdy słyszę podczas pierwszej rozmowy z dziewczyną, że musi jeszcze porozmawiać z partnerem o swoim pomyśle, staram się doradzić jej, jakich argumentów może użyć, by go przekonać. Rozmawiam też z panami, którzy zgodzili się na sesję porodową, chociaż na początku byli sceptyczni. Bo często okazuje się, że gdy mężczyźni już dadzą się przekonać – nawet jeśli robią to z zaciśniętymi zębami – to później są bardzo dumni ze zdjęć. Zachwycają się kadrami, pokazują znajomym, pierwsi je publikują.

Tłumaczą czemu byli przeciwni?

Ania Wibig: Często mówią, że przed porodem nie czują potrzeby dokumentowania go, nie widzą w tym wartości. Ich postawa może też wynikać z tego, że mężczyzna na porodówce czuje się bezradny. Kobieta przeżywa różne stany. Czasami cierpi, a mężczyzna wtedy nie może tego cierpienia z niej zdjąć. Nie może jej odciążyć. Faceci mówią: „co ja mogę, potrzymać ją za rękę?!” I chociaż z perspektywy kobiecej to bardzo dużo, perspektywa męska jest nieco inna. Mężczyźni myślą: ja będę taki zagubiony i bezradny, a ktoś będzie mi jeszcze w takiej sytuacji zdjęcia robił...

Zagubiony i bezradny, czyli mało męski...

Ania Wibig: No i oczywiście na porodówce często u panów pojawiają się łzy wzruszenia. A nie każdy pan chce zostać sfotografowany, gdy płacze. Bo przecież wciąż powtarza się, że faceci nie płaczą… Na szczęście panowie rzadko są nieugięci. Najczęściej zgadzają się dla żony. Widząc jej potrzebę, nie chcą się opierać. Nie chcą zabraniać.

A jeśli to kobieta nie jest pewna, czy sesja porodowa jest dla niej? Jest jakiś sposób, by to rozpoznać?

Ania Wibig: Często biorę udział w przekonywaniu panów, ale kobiet nie przekonuję do zdjęć z narodzin. Kobiety zazwyczaj widząc moje fotografie czują, czy taki rodzaj pamiątki, zatrzymania wspomnień jest dla nich odpowiedni, czy też nie. Myślę, że warto wtedy podążyć za tym instynktem. Czasami kobiety piszą do mnie, że chociaż same nie zdecydowałyby się na tego typu pamiątkę, to dzięki moim zdjęciom wiedzą czego mogą spodziewać się na porodówce. Przestają się bać, bo widzą, że narodziny dziecka mogą być czymś pięknym. Emocjonującym przeżyciem.

Niektóre panie, gdy pytam, czy mogę udostępnić ich zdjęcia w mediach społecznościowych lub na swojej stronie internetowej, zgadzają się i mówią, że chcą, by te kadry pomogły innym kobietom w pokonaniu strachu. Zaznaczają, że one przed narodzinami wpatrywały się w moje zdjęcia i czuły przypływ spokoju. Mają nadzieję, że ich zdjęcia zadziałają tak samo na kolejne osoby. Takie podejście bardzo mnie rozczula i pokazuje mi, że fotografia porodowa po prostu jest potrzebna.

------------------

Ania Wibig - fotografka, prekursorka fotografowania narodzin w Polsce, założycielka Obiektywnie Najpiękniejsze, pierwszej polskiej marki poświęconej reportażom z narodzin, miejsca, gdzie jak mówią kobiety, poród jest po prostu piękny. Nagradzana w polskich i międzynarodowych konkursach (m.in. Birth Photography Image Competition, Birth Becomes Her, Birth & Beyond Photography Awards, Child Photo Competition). Jej zdjęcia są publikowane przez polskie i zagraniczne media (m.in. Vogue, Wysokie Obcasy, Bored Panda, HuffPost). Ania również aktywnie działa na rzecz promowania dobrego porodu - wspiera Fundację Rodzić po ludzku i Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni. 

Nie przegap

Źródło: CHILLIZET