"Jest tłok, są śmieci, hałas i chamstwo". Tak wygląda masowa turystyka w Tatrach
Hala Gąsienicowa to główna bohaterka książki Beaty Słamy "Planeta Hala". Autorka mieszkała tam przez 8 lat i opisała swoją miłość do tego miejsca, ale... podzieliła się też smutną obserwacją, że turystyka górska zmienia się niestety na gorsze.
- Hala Gąsienicowa to wyjątkowe miejsce, z którym wiąże się wiele ciekawych historii – niektóre z nich zostały opisane w książce Beaty Słamy "Planeta Hala"
- Autorka książki ze smutkiem zauważa, że turystyka górska na przestrzeni lat zmieniła się na gorsze. Dzisiaj góry traktowane jest jak coś do odhaczenia na liście
- Wraz ze wzrostem turystów, wzrosła też liczba niedźwiedzi, które pojawiają się w Hali Gąsienicowej. Poznaj kilka zabawnych, ale i strasznych historii związanych z tymi drapieżnikami
Hala Gąsienicowa to nazwa północnej części Doliny Gąsienicowej znajdującej się w polskich Tatrach. Na jej terenie znajduje się między innymi Schronisko Murowaniec, Betlejemka, czyli baza Centralnego Ośrodka Szkolenia Polskiego Związku Alpinizmu, a także Stacja Obserwacyjna Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN. To doskonała baza wypadowa na Kościelec, Zawrat, Granaty, Świnicę, Kozi Wierch, Kasprowy Wierch, czy też nad Czarny Staw Gąsienicowy.
Do Hali Gąsienicowej można dojść z Kuźnic, wybierając jeden z dwóch możliwych szlaków:
- niebieski – przez Boczań i Skupniów Upłaz,
- żółty – przez dolinę Jaworzynka.
Oba szlaki łączą się na Przełęczy między Kopami, dalej hala ciągnie się przez Królową Rówień i Rówienki. To miejsce naprawdę wyjątkowe, które od lat przyciąga turystów, m.in. ze względu na piękne widoki. Potwierdza to Beata Słama, dziennikarka, redaktorka, tłumaczka, autorka nowo wydawnej książki "Planeta Hala" (Wydawnictwo Czarne).
Hala Gąsienicowa jest pełna duchów i śladów ludzi, którzy tu bywali
– Każda tatrzańska dolina ma swoich wielbicieli. Mnie los rzucił na Halę Gąsienicową, więc dla mnie ona jest wyjątkowa. Jest tam efektowna grań, a jednocześnie przestrzeń, góry nie przytłaczają tak jak w Morskim Oku. Są miejsca sielankowe, jak pojezierze, i groźne, zimne, jak Kozia Dolinka – powiedziała w rozmowie z PAP Beata Słama i dodała: – To na Hali większość wspinaczy stawiała pierwsze kroki, ponieważ szkolili się w Betlejemce. W otoczeniu Hali są tzw. drogi kursowe, czyli łatwe drogi wspinaczkowe, na których można się uczyć, nie walcząc o życie.
Beata Słama mieszkała na Hali Gąsienicowej, w Betlejemce, przez 8 lat, bo jej mąż prowadził tam Centralny Ośrodek Szkolenia Polskiego Związku Alpinizmu. Napisała książkę "Planeta Hala", by opowiedzieć o tym miejscu z własnej perspektywy. To miejsce było świadkiem wielu wydarzeń.
– Działo się tu mnóstwo! W mojej książce są seks, zbrodnia, dramaty, wypadki, wspinanie, feminizm, antysemityzm, ludomania i toponomastyka, historia architektury, anegdoty, plotki, przygody, wiersze i piosenki… – wylicza Beata Słoma i dodaje: – W Betlejemce szkolili się, ale też szkolili innych, niemal wszyscy znani himalaiści, zanim zostali znanymi himalaistami. Swoje przygody przeżywał tu Andrzej Zawada, w Murowańcu bywali Władysław Broniewski i Tomasz Stańko. Hala Gąsienicowa jest też trochę krainą duchów. Krąży po niej duch Mieczysława Karłowicza, pięknego człowieka, który zginął pod Małym Kościelcem, czy duch Mariusza Zaruskiego, założyciela TOPR-u. (...) Może krąży gdzieś Jan Długosz, legendarny taternik, alpinista i pisarz, który zginął na Kościelcu. Wiele osób zapragnęło się wspinać po przeczytaniu jego książki "Komin Pokutników".
"Jest tłok, są śmieci i fekalia, hałas i chamstwo"
Hala Gąsienicowa z każdej perspektywy wygląda doskonale, ale są miejsca wyjątkowe. Do takich należy – zdaniem autorki książki "Planeta Hala" – ławka przed Betlejemką.
– Z ławki przed Betlejemką widać cały świat! Siedząc na niej, odbyłam mnóstwo ciekawych rozmów i zwarłam wiele ciekawych znajomości. Na ławce się odpoczywało, pracowało – redakcję robiło się w tamtych czasach na maszynopisie, z ławki obserwowało się ludzi. Można też było po prostu patrzeć. Pełniła taką funkcję jak ławeczka pod sklepem w Wilkowyjach (chodzi o serial "Ranczo" – przypomina redakcja), była centrum świata – opowiada Beata Słama i dodaje: – W górach piękne jest to, że się nie zmieniają, trwają jak wyspy na oceanie chaosu i pośpiechu. (...) Tym, co zmieniło się w ostatnich latach, jest charakter turystyki tatrzańskiej. Co prawda już na początku XX wieku zatroskani miłośnicy Tatr narzekali, ale to, co dzieje się teraz, przechodzi ludzkie pojęcie. W 2013 roku na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego weszły ponad 2 mln ludzi, w 2024 roku – prawie 5 mln. Jest tłok, są śmieci i fekalia, hałas i chamstwo. Mam wrażenie, że ludzie z mojego pokolenia – 50-, 60-latków – wchodzili w góry bardziej świadomie, z uwagą, z szacunkiem, trochę nieśmiało, choć oczywiście były też tłumy wczasowiczów. Dziś góry traktowane są przez wielu jako atrakcja, którą należy zaliczyć.
Zdaniem Beaty Słamy natura przestała być wartością samą w sobie. Teraz trzeba ją uatrakcyjnić, by na niej zarobić, stąd bramy do lasu, wieże widokowe, czy ścieżki nad lub pod koronami drzew.
– Pójście w góry musi się opłacać: trzeba pobić własny rekord, zrobić efektowne zdjęcie do internetu. Na portalach społecznościowych padają pytania, z którego szlaku, czy szczytu jest najładniejszy widok. A jak ocenić piękno widoku? – pyta retorycznie Beata Słama i dodaje: – Góry się wartościuje. Określone tatrzańskie szczyty nazywane są dwutysięcznikami – dawniej takie dziwaczne podejście nikomu nie przyszłoby do głowy. Ludzie fotografują się na Rysach z kartką z wysokością tej góry. Czy w Himalajach ktoś robi coś takiego?! Kompletują szlaki, liczą kilometry, biją rekordy szybkości. Papierowe mapy wyparły aplikacje, a przecież patrząc na mapę, umiejscawiamy się w świecie, a może nawet we wszechświecie. Widzimy, co nas otacza, poznajemy nazwy, odległości, charakter i otoczenie okolicy. Tatry mają historię, topografię, ważne punkty, dlaczego więc coraz częściej odwiedzający je ludzie traktują je jedynie jako spiętrzenie skał, które można zmierzyć i przemierzyć?
Z tej niezgody na to, co się teraz dzieje, powstała książka "Planeta Hala". Jej autorka chciała, aby ludzie mogli poznać historię Hali Gąsienicowej, dostrzec jej piękno.
"Niedźwiedzi też jest coraz więcej"
Nie tylko turystów przybyło, więcej jest również niedźwiedzi. W latach 90. na Halę Gąsienicową te zwierzęta raczej nie zaglądały, ale wraz ze wzrostem turystyki zaczęły się też pojawiać te drapieżniki. Beata Słama podzieliła się kilkoma historiami związanymi z niedźwiedziami.
– Pewnego razu pojawił się młody niedźwiedź nazwany przez nas Blondynem ze względu na płową sierść. Latem udawało się go odstraszać, ale jesienią się rozzuchwalił. W Betlejemce skończyły się szkolenia, pokój instruktorski na parterze był wysprzątany, okiennice pozamykane. Spaliśmy sobie spokojnie, mój mąż i ja, aż nagle obudził nas potworny łomot dobiegający zza ściany, z pokoju instruktorskiego – opowiada Beata Słama i dodaje: – Zerwaliśmy się z łóżka, popędziliśmy do sieni i gdy wreszcie udało nam się znaleźć klucz, otworzyliśmy drzwi i ujrzeliśmy przewieszonego przez parapet niedźwiedzia trzymającego w łapie... młynek do kawy. Wyrwał bardzo masywne okiennice, okno z framugą, jakie miał dalsze plany, nie wiadomo. Na szczęście w sali na górze nocowało kilka osób, więc z ich pomocą odgoniliśmy niedźwiedzia i zabezpieczyliśmy okno.
To nie jedyne spotkanie Beaty Słamy z niedźwiedziem. Było ich więcej
– Pewnego dnia mąż pojechał na niziny, zostałam zupełnie sama. Wieczorem spojrzałam przez okno, by sprawdzić, jaka jest pogoda. Tuż pod domem siedział niedźwiedź. Szybko przeanalizowałam sytuację: wszystkie drzwi i okna zamknięte, śmieci wyrzucone, nic mu nie powinno pachnieć – opowiada Beata Słoma i dodaje: – Nie wyobrażałam sobie jednak, że położę się spać albo że będę czuwała całą noc, nasłuchując w przerażeniu, czy niedźwiedź nie wyrywa drzwi. Postanowiłam działać, złapałam pojemnik na węgiel i szufelkę, gwałtownie otworzyłam drzwi wejściowe, stanęłam w progu i waląc szufelką w węglarkę, zaczęłam się drzeć na niedźwiedzia. Same niecenzuralne słowa. A on popatrzył, wzruszył ramionami i spokojnie się oddalił. Oczywiście nie zmrużyłam oka, a na kolejną noc poszłam spać do meteorologów, bo mieli kraty w oknach. Gdy wracałam rano do domu, na szybie przy wejściu widać było błotniste ślady nosa i łap.
Źródło: CHILLIZET/ PAP Anna Kruszyńska