Stanisław Bareja i Kazimierz Kutz zerwali przyjaźń. Poróżniło ich jedno słowo
Niewiele osób wie, że Stanisława Bareja oraz Kazimierz Kutz przez wiele lat byli przyjaciółmi, przez okres studiów praktycznie byli nierozłącznymi. Niestety poróżniło ich jedno słowo, za którym ukryła się zawiść i uprzedzenia. Jakie to było słowo?
- Kazimierz Kutz stworzył określenie "bareizm" i użył go jako określenie kiczu i tandety. Obecnie to określenie nie ma tak negatywnego znaczenia. Określa wysokiej klasy komedię z bardzo dobrymi gagami
- Stanisław Bareja nie potrafił wybaczyć przyjacielowi tego afrontu, zwłaszcza że słowa krytyki Kazimierz Kutz wypowiedział za jego plecami, nie dając Barei szans na polemikę
- Wielu aktorów bało się grać u Barei, by nie stracić szansy na rolę u Zannusiego, czy Kutza
Stanisław Bareja oraz Kazimierz Kutz razem studiowali w łódzkiej szkole filmowej i wraz z Januszem Morgensternem, Januszem Weychertem, Janem Łomnickim oraz Lechem Lorentowiczem stanowili zgraną grupę przyjaciół. Nazywano ich "Wielką Szóstką" i w powszechnej opinii byli oni najzdolniejszymi studentami na roku. Cała szóstka wspierała się przez cały okres studiów, a także po ich zakończeniu. Niestety jedna z relacji została przerwana – chodzi o Kazimierza Kutza oraz Stanisława Bareję. Przyczyną zerwania przyjaźni było jedno słowo: "bareizm". Opisał to w książce "Stanisław Bareja alternatywnie" Maciej Replewicz.
Kazimierz Kutz stworzył określenie "bareizm" i nadał mu pejoratywne znaczenie
W 1979 r. Stanisław Bareja udzielił wywiadu w czasopiśmie "itd", powiedział z nim: "(...) Mniej więcej 25 lat temu była sobie w łódzkiej szkole filmowej grupka przyjaciół, nazywała się według ówczesnej mody "Kolektyw". Sześć osób w sumie (...) Wszyscy jej członkowie pracują dziś w filmie fabularnym. Jedni lubią się bardziej, inni mniej... Jeden z nich próbując mi dopiec, użył terminu 'bareizm' ma określenie czegoś, co jest w złym stylu. Bardzo mnie to zabolało. Bo jak atakuje mnie nieznajomy, nie jest to czymś strasznym, ale kiedy robi to przyjaciel..."
Kazimierz Kutz miał ogromny talent i ambicje, lubił na siebie zwracać uwagę, ale dość długo poszukiwał swojego miejsca w filmie. Jego pierwsze produkcje spotykały się z krytyką, co bardzo boleśnie go dotykało. Postanowił więc sprawdzić swoich sił w komedii, podobnie jak Stanisław Bareja. Jednak panowie mieli zupełnie inne wizje kina, filmów komediowych. Mniej więcej w tym samym czasie obaj nakręcili filmy: Kazimierz Kutz "Upał", natomiast Stanisław Bareja "Żonę dla Australijczyka". Sądząc po wynikach oglądalności za rok 1964, film Kutza przyjęto gorzej od filmu Barei.
Maciej Replewicz w książce "Stanisław Bareja alternatywnie" opisał tę sytuację tak: "Po raz pierwszy Kazimierz Kutz wypowiedział słowo 'bareizm' na zebraniu Stowarzyszenia Filmowców Polskich, w obecności przedstawiciela Naczelnego Zarządu Kinematografii. Wydarzyło się to na przełomie lat 60. i 70. Termin miał być użyty w negatywnym kontekście jako synonim filmu realizowanego dla mało wybrednej widowni, lecz odnoszącego sukces komercyjny. Kazimierz Kutz miał prawo wyrazić swoją opinię, zrobił to jednak publicznie, w obecności przedstawiciela władz i w sytuacji, gdy Bareja nie miał szans na obronę. Był to de facto publiczny donos.
Boleśnie dotknięty postawą krytyki wobec "Nikt nie woła", czy "Upału", Kutz utrudnił życie swojemu przyjacielowi z roku, przyczyniając się do czarnej legendy Barei – 'reżysera tandetnych komedyjek'. Świadkiem tego wydarzenia był Jan Łomnicki, który wkrótce po incydencie opowiedział o tym Barei".
Jak twierdzą świadkowie, Stanisława Bareję bardzo dotknęły te słowa. Podobno był bardzo przygnębiony. Termin "bareizm" stał się wtedy plamą nie do wybawienia. Stał się synonimem kiczu w polskim kinie, przez lata funkcjonował w języku filmowców. Podkreślmy, że było to bardzo krzywdzące. Obecnie termin "bareizm" oznacza "absurdalną wypowiedź, zdarzenie lub sytuację ze sfery publicznej podobne do surrealistycznego gagu z komedii filmowych Stanisława Barei" i ma bardzo pozytywne zabarwienie, ale wtedy kojarzyło się tandetą.
Przez "bareizm" wielu aktorów nie chciało grać u Barei
Wielu wtedy uwierzyło w tę krzywdzącą ocenę. Nawet aktorzy. Przyznał się do tego Daniel Olbrychski. Maciej Replewicz przytoczył jego słowa, które napisał w książce "Anioły wokół mojej głowy": "Dziś biję się w piersi, bo i ja nierzadko włączałem się do chóru głosów, które uważały Staszka za reżysera drugorzędnego. To była straszna krzywda. Za życia nie zdążyłem mu powiedzieć, jak bardzo cenię i kocham jego wszystkie filmy. Dziś już nie muszę tego mówić, bo po odejściu Barei nagle wszyscy zdali sobie sprawę, jak bardzo nam brakuje jego samego i jego filmów. Film Staszka Barei odniósł niesłychany sukces, choć nie cieszył się uznaniem krytyki. Podobnie, jak cała jego twórczość. To jeden z najmniej docenianych reżyserów polskich. Zupełnie niesłusznie. Jego filmy, zwłaszcza te późniejsze, robione we współpracy z Jackiem Fedorowiczem i Stasiem Tymem, miały wymiar literacki i polityczny. To było coś nieznanego w naszej szerokości geograficznej – robić dobre komedie. Któż to robił lepiej od Barei? No, może w pewnym okresie Czesi".
To nie jedyna przykrość, jaka spotykała Stanisława Bareję. Okazało się również, że angażowani przez niego do filmu aktorzy mieli później problem z graniem u reżyserów tzw. wysokiego kina. Wspominała o tym Stanisława Celińska. Przyznała w jednym z wywiadów, że pod presją środowiska odmówiła roli żony docenta Rochowicza w filmie "Poszukiwany, poszukiwana", bo bała się, że "nigdy nie otrzyma roli u Zannusiego, czy Kutza". Maciej Replewicz napisał, że jedynym reżyserem pozbawionym uprzedzeń był Andrzej Wajda, który angażował aktorów grających u Barei. Wspomniana Stanisława Celińska zagrała u niego w filmie "Panny z Wilka", mimo że wcześniej grała w filmie "Nie ma róży bez ognia".
Maciej Replewicz uważa, że przez nierozważne i wypowiedziane pod wpływem emocji słowa Kazimierza Kutza stały się orężem w atakach na Stanisława Bareję. A on sam stał się "chłopcem do bicia". Od tego czasu obaj panowie unikali siebie.
Źródło: CHILLIZET/ "Stanisław Bareja alternatywnie", Maciej Replewicz, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2019