Takiego karnawału nie ma nigdzie indziej w Europie. „Trzeba to przeżyć choć raz w życiu”
Jest taki dzień w roku, gdy kanaryjskie miasto wielkości Zgierza przyjmuje do siebie 60 tysięcy ludzi i w obłokach białego talku przenosi się do innej epoki i na inny kontynent. - Jak już raz przyjechałaś na Los Indianos, to będziesz chciała kolejny – zapewnia mnie poznany na wyspie Kanaryjczyk, próbując przekrzyczeć wybrzmiewającą na żywo kubańską muzykę. To fiesta, na której każdy chce być. Karnawałowy poniedziałek choć raz w życiu trzeba spędzić tutaj - na La Palmie.
- To politycznie Europa, geograficznie Afryka, kulturowo trochę Ameryka Łacińska. Zwłaszcza w karnawale, gdy na jeden dzień stolica La Palmy na Wyspach Kanaryjskich zamienia się w Kubę
- Podczas Los Indianos kilkadziesiąt tysięcy osób przez cały dzień i noc w eleganckich, białych strojach w rytm kubańskiej muzyki obrzuca się talkiem
- Los Indianos to parodia, ale i hołd dla tych, którzy przed laty wyemigrowali z Wysp Kanaryjskich do Ameryki Łacińskiej w poszukiwaniu bogactwa, ale postanowili wrócić
Kierunek: Los Indianos
Santa Cruz de la Palma, karnawałowy poniedziałek, godzina 10. Do portu w stolicy kanaryjskiej La Palmy z wielką pompą dobija łódź z postacią, obok której nie da się przejść obojętnie i której imię wielokrotnie będzie przewijać się w rozmowach i muzyce – Negra Tomasa. Czarnoskóra służąca o krągłych kształtach, w kolorowych falbanach faluje w rytm kubańskiego sonu i wita się z tysiącami oczekujących na nią festiwalowiczów. Ci prezentują się zgoła inaczej, ale o tym za chwilę.
Od ponad 30 lat w postać Negry Tomasy wciela się mężczyzna – 84-letni dziś Víctor Díaz Molina, na wyspie znają go jako Sosó. Palmeryjczycy śmieją się nawet, że to najczęściej fotografowany mieszkaniec wyspy.
W samo południe Sosó jako Negra Tomasa oficjalnie otworzy imprezę na Placu Hiszpańskim, choć tego dnia Plaza de España wyjątkowo nosi nazwę Plaza de La Habana. Bo to już nie jest wyspa kanaryjska, dziś to Kuba.
Los Indianos na biało i bogato
W Santa Cruz de la Palma, na co dzień mieszka jakieś 16 tysięcy osób. W karnawałowy poniedziałek jest tu ich ponad 60 tysięcy. Do stolicy zjeżdżają nie tylko mieszkańcy innych części wyspy. Od samego rana na La Palmę docierają promy i samoloty z całego archipelagu, po brzegi wypełnione karnawałowiczami. A ci jakby z innej epoki. Bo dress code podczas Los Indianos to podstawa i nikt nie śmie go zlekceważyć. Nieważne, czy ma 8 lat czy 80.
60 tysięcy ludzi, wszyscy w bieli i beżu, w słomkowych kapeluszach, obwieszeni biżuterią, z wachlarzami, koronkowymi parasolkami, kwiatami, cygarami, czasem z papugą na ramieniu, niektórzy ciągną za sobą skórzane walizki, z których wysypują się fałszywe banknoty. Ma być biało. Ma być elegancko. Ma pachnieć pieniądzem.
W morzu białych indianos co jakiś czas przewija się Negra Tomasa. Ta oryginalna jest tylko jedna, ale ci odważniejsi karnawałowicze też chcą wyróżnić się w białym tłumie i jako czarnoskóra służka z karykaturalnie wypchanym biustem i pośladkami wywijać w powietrzu kolorową miotełką do kurzu. Zresztą oni też skończą na biało, bo rekwizytem absolutnie obowiązkowym jest talk. Ten sypie się tonami dzień i w nocy. Do domu nikt nie wróci czysty.
Przed poniedziałkiem fasady budynków na niższych piętrach są szczelnie foliowane. Całe miasto szykuje się na białą bitwę. W sklepach półki z talkiem są puste na wiele dni przed fiestą, ale „białą broń” można też kupić od ulicznych sprzedawców w trakcie imprezy.
Słowo daję, że zapach perfumowanego talku czułam jeszcze przez kilka tygodni po moim pierwszym Los Indianos. Z oczu pył wydobywałam dzięki świetnie przygotowanym i doświadczonym Hiszpanom, którzy z kroplami do oczu przybywali na ratunek, gdy tylko ktoś niechcący posłał białą chmurę prosto w moją twarz.
Nie ma jednej wersji wyjaśniającej, dlaczego to właśnie białym proszkiem karnawałowicze obrzucają się w trakcie Los Indianos. Jedna z popularniejszych legend mówi o zepsutej mące rozsypanej na jednym z dobijających do portu statków, którą mieszkańcy zaczęli się bawić. Według innej teorii obrzucanie się białym proszkiem może mieć korzenie w dawnych zwyczajach należących do bractwa Abakuá kubańskich ñáñigos, którzy rozjaśniali sobie skórę.
La Palma w karnawale to już nie Kanary, to Kuba
Los Indianos nie dzieje się tylko na głównym stołecznym placu. To całe miasto tańczy w rytm gorącej muzyki, zapija ją rumem (rum jest produkowany na La Palmie), mojito czy guarapo (drink na bazie soku z trzciny cukrowej) i przepala kubańskim cygarem. Są ulice salsowe, ulice bachatowe, sonowe, reggaetonowe. Utrzymana w kolonialnym stylu architektura Santa Cruz tylko dodaje imprezie autentyczności i klimatu.
Tego dnia wszystko jest zamknięte. Bary i parkiety przenoszą się na ulice. Dla bezpieczeństwa zamykany jest dostęp do plaży. Po całej wyspie do drugiej w nocy kursuje darmowa komunikacja publiczna łącząca miasteczka ze stolicą. Każdy chce być w Santa Cruz.
Tu nie da się być samemu, nie da się smucić, ani podpierać palm. W tak gęstym tłumie znajomych łatwo stracić z oczu, ale nie minie minuta i już bawisz się w innym roztańczonym gronie. Na Los Indianos trafiłam zupełnie sama, a z 14-godzinnej zabawy pod gołym niebem nie potrafię przywołać w pamięci chwil, gdy faktycznie sama byłam. Taki tu mają klimat.
Pomiędzy Wyspami Kanaryjskimi a Kubą
Spośród wszystkich Wysp Kanaryjskich La Palma ma najgłębsze relacje z krajami Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza z Kubą. Te powiązania sięgają XVI wieku, choć najsilniejsze były bliżej XX stulecia. Wówczas z La Palmy w kierunku Kuby wypływało siedem parowców miesięcznie. W tym samym okresie z Teneryfy odbijały cztery statki, a z półwyspu tylko jeden. Wielu mieszkańców wyspy nie znało innych części archipelagu, z którego pochodzili, ale Kubę – owszem.
Niektórzy, przemierzając morski szlak Carrera de Indias, z nadzieją na wzbogacenie się wypłynęli do Indii Zachodnich. Wkrótce stali się znani jako indianos. Niektórzy swój cel osiągnęli. W połowie XX wieku ich triumfalne powroty z Ameryki i ostentacyjne emanowanie bogactwem zaczęto parodiować.
Do dziś na „pięknej wyspie”, bo tak Kanaryjczycy nazywają La Palmę (la isla bonita), mieszka wielu latynosów, co wyraźnie wpłynęło m.in. na tutejszą kulturę i kuchnię. Jeśli ktoś nie jest latynosem, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ma w rodzinie kogoś, kto przed laty w poszukiwaniu bogactw wyemigrował za ocean, a potem wrócił odmieniony i elegancki, obwieszony biżuterią, nierzadko ze służbą.
„My się nie przebieramy, my się ubieramy”
Karnawałowe Los Indianos to impreza tak niepoprawna politycznie, że w wielu miejscach mogłaby wzbudzić dziś co najmniej wątpliwości. Ale na La Palmie nikt się nie oburza. - My się z nikogo nie śmiejemy. To jest hołd – protestuje Andrés, gdy pytam, czy taka parodia nikogo nie uwiera. Jest takie hasło, które tu powtarzają: „my się nie przebieramy, my się ubieramy”.
Andrés pochodzi z innej wyspy. Przypłynął rano z Gran Canarii razem z całą swoją rodziną i setkami innych Kanaryjczyków. Mówi, że to fiesta, którą przynajmniej raz w życiu trzeba przeżyć. - Tak, ale jak raz przyjechałaś, to będziesz chciała kolejny – śmieje się jego brat, Antonio.
Źródło: CHILLIZET