Byłam w Czarnobylu. Tak to miejsce wygląda 33 lata po katastrofie

Paulina Ermel 07.10.2019
Sarkofag reaktora numer 4 w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej
Fotografia: Archiwum prywatne

Oglądaliście serial „Czarnobyl” na HBO? Od momentu emisji liczba turystów odwiedzających Zonę rośnie – szacuje się, że do końca 2019 roku przyjedzie tu aż 100 tys. ludzi! Zupełnie się im nie dziwię. Po obejrzeniu 5 - trzymających w napięciu - odcinków produkcji sama się tam wybrałam. Jak wygląda Czarnobylska Strefa Wykluczenia 33 lata po katastrofie elektrowni? Czy wciąż jest jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie?

Nikt nie spodziewał się, że 26 kwietnia 1986 roku zostanie zapamiętany jako dzień, w którym zdarzyła się największa katastrofa w dziejach ludzkości. To właśnie wtedy wybuchł reaktor numer 4 w Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu. I choć poziom skażenia na tym terenie był niewyobrażalnie wielki, ostatni reaktor zamknięto dopiero w 2000 roku. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż na terenie elektrowni pracują ludzie – są to specjaliści kontrolujący wygaszone reaktory, naukowcy, ale też przewodnicy wycieczek turystycznych. I właśnie z jedną z takich wycieczek wybrałam się do Zony.

Coraz więcej polskich biur podróży organizuje wyjazdy do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia. To najlepsza opcja, aby zobaczyć elektrownię – na miejsce można dostać się też samodzielnie, ale liczba kontroli, które trzeba przejść skutecznie odstrasza ludzi przed samodzielną organizacją wyjazdu.

W podróż wyruszyliśmy z jednym z krakowskich biur podróży. Pierwszym przystankiem na trasie był Kijów, a dopiero kolejnego dnia mieliśmy ruszyć do Czarnobyla. Przed wyjazdem dostaliśmy szczegółowe instrukcje, jak się do tego przygotować. Każdy miał zabrać ze sobą zestaw starych ubrań, które można po powrocie z Zony wyrzucić. Ubrania musiały zakrywać ręce i nogi – w punktach kontrolnych ukraińscy strażnicy zwracają uwagę na to, jak jesteśmy ubrani.

czarnobyl16
Fotografia: Archiwum prywatne

Dzień wyjazdu do Zony

Pobudka o 6.45. Na śniadanie schodzimy gotowi do wyjazdu – mamy na sobie odpowiednie ubrania zakrywające ciało. Czujemy też lekką ekscytację. Już za 2 godziny (z Kijowa to ok. 130 km trasy) znajdziemy się w Strefie Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Możemy wziąć ze sobą butelki z wodą i zapaczkowane jedzenie. Nie wolno nam jeść i pić na świeżym powietrzu poza wyznaczonymi do tego odpowiednimi miejscami. Nie wolno nam niczego dotykać – szczególnie jeśli chodzi o ziemię, rośliny i metalowe przedmioty. W autokarze podpisujemy też „umowę”, z której wynika, że nie będziemy walczyć o odszkodowanie, gdybyśmy po wycieczce podupadli na zdrowiu.

Po drodze czekają nas dwa punkty kontrolne – w pierwszym sprawdzają nam paszporty i dostajemy naszyjniki, które będą „zbierać wchłonięte przez nas rentgeny”. Przewodniczka rozdaje nam też kilka dozymetrów, które mają pokazywać, jak zmienia się promieniowanie w różnych miejscach Strefy Wykluczenia. Punkt pierwszy wycieczki – Duga zwany inaczej Okiem Moskwy. To nic innego, jak radziecki radar o długości 1 km i wysokości 150 m. Czeka nas spacer wzdłuż radaru i po pomieszczeniach maszynowni, z której nim sterowano. Czas zatrzymał się w tym miejscu 30 lat temu. Przed budynkiem znajdujemy mnóstwo komputerów, procesorów, a w budynku zeszyty z kartkami zapisanymi cyrylicą.

1
Fotografia: Archiwum prywatne
15
Fotografia: Archiwum prywatne

Gwóźdź programu, czyli Czarnobylska Elektrownia

Następnie jedziemy pod Czarnobylską Elektrownię. Zbudowany w 2016 roku sarkofag widać z daleka. Ogromna betonowa konstrukcja ma zabezpieczać reaktor numer 4 i promieniowanie na kolejne 100 lat. „Arka” wygląda majestatycznie, ale jej widok uświadamia, jak niewiele wiemy o neutralizacji zagrożeń tego typu. Chwilowo reaktor jest zabezpieczony. Jednak dopiero kolejne pokolenia będą musiały rozwiązać ten problem.

Zbliżamy się do elektrowni. Najpierw czeka nas obiad w czynnej od początku istnienia placówki stołówce. Menu nie zmieniło się tutaj od ponad 30 lat, a żeby dostać się do budynku trzeba przejść kontrolę dozymetryczną. I choć część z wycieczkowiczów jest tutaj już któryś raz, podczas kontroli czują się lekko niepewnie. A co, jeśli dozymetr pokaże zbyt duże promieniowanie i nas nie przepuści?

Po zjedzeniu tradycyjnego barszczu ukraińskiego i gulaszu, zmierzamy prosto pod sarkofag przykrywający zniszczony reaktor numer 4 Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Przewodniczka pozwala nam wysiąść „na jedno zdjęcie”. Drzwi autokaru otwierają się, a dozymetry „zaczynają szaleć”. Pomiary wzrastają gwałtownie do ok. 7 µSv (mikrosiwertów) – wcześniej promieniowanie utrzymywało się na poziomie zaledwie 0,30 µSv.

5
Fotografia: Archiwum prywatne
16
Fotografia: Archiwum prywatne

I choć brzmi to niepokojąco, musicie wiedzieć, że to wciąż dawka niezagrażająca zdrowiu. Przypominamy, że 1 µSv (jednostka wyrażająca ilość energii promieniowania pochłoniętej przez żywą tkankę; najczęściej promieniowanie podaje się w µSv/h) to 0,0001 R (rentgena). Dla porównania - lot z Nowego Jorku do Los Angeles naraża człowieka na pochłonięcie 40 µSv, z kolei promieniowanie w pobliżu rdzenia reaktora numer 4 chwilę po wybuchu w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej wynosiło 30 000 R. 

Bezpośrednio po wydarzeniach w Czarnobylskiej Elektrowni ewakuowano stąd kilkadziesiąt tysięcy osób (w tym 55. tys. ludzi z samego miasta Prypeć, położonego najbliżej elektrowni). Nie oznacza to jednak, że w Strefie Wykluczenia, która rozciąga się na 30 km od elektrowni, nikt nie mieszka. Wróciło tutaj ok. 140 osób, które nie mogły pogodzić się z pozostawieniem dobytku swojego życia. Trudno wyobrazić sobie, jak żyją tutaj bez elektryczności i wody. Ale nie tylko oni radzą sobie tutaj świetnie. W Zonie spotykamy bowiem mnóstwo… psiaków! Są bardzo przyjazne, towarzyszą grupom turystów i domagają się pieszczot. I choć przestrzegano nas przed głaskaniem ich – sierść wciąż jest świetnym magazynem dla opadu radioaktywnego – nie możemy się powstrzymać i co chwila drapiemy psy za uchem.

14
Fotografia: Archiwum prywatne

Prypeć, czyli wizyta w najsłynniejszym mieście widmo

Następna w kolejności jest Prypeć, a po drodze tzw. „Most Śmierci”. Pamiętacie scenę z serialu, w której mieszkanki Prypeci stoją na moście i obserwują łunę światła unoszącą się nad elektrownią bezpośrednio po wybuchu? Przejeżdżamy przez ten most, ale nie zatrzymujemy się, żeby zrobić zdjęcia. Chwyt marketingowy? Czy może jednak wysokie promieniowanie? Przewodniczka twierdzi, że to drugie.

Duża atrakcją turystyczną jest… tablica z nazwą „Prypeć”. Miasteczko powstało jako miejsce, w którym mieli mieszkać pracownicy obsługujący Elektrownię Jądrową w Czarnobylu. Stąd pieszo do pracy mieli zaledwie 40 minut drogi. Miasto podzielone było na 5 dzielnic, które odpowiadały 5 reaktorom. Pracownicy reaktora numer 1 mieszkali w 1. dzielnicy, 2. reaktora w drugiej itd. Warto uświadomić sobie, że Prypeć był luksusowym miejscem, w którym mieszkańcy mieli dosłownie wszystko - sporej wielkości mieszkania, sklepy spożywcze, hotel, przedszkola, szkoły, basen, stadion. Średnia wieku mieszkańców Prypeci wynosiła 26 lat. Zarabiali oni też więcej niż w jakimkolwiek innym miejscu na Ukrainie.

6
Fotografia: Archiwum prywatne

Tablica upamiętniająca powstanie Prypeci to jedno z najbardziej napromieniowanych miejsc w Strefie Wykluczenia. Dozymetry już po chwili wskazują w tym miejscu 16 µSv. Przewodniczka zaznacza też, że tutaj rozpoczyna się tzw. „Czerwony Las”, który po katastrofie wchłonął dużą część opadu radioaktywnego, przez co zmienił kolor na czerwonawy, a następnie obumarł.

W Prypeci oglądamy opuszczone przez mieszkańców budynki mieszkalne, które powoli „zagospodarowuje” natura. Gdyby nie doświadczeni przewodnicy, nawet byśmy ich nie zauważyli wśród bogatej roślinności. Wchodzimy do opuszczonych mieszkań, gdzie znajdujemy tapety wskazujące na pokoje dziecięce, pozostawione łyżwy, pianino, a także kuchenkę gazową. Następnie zwiedzamy opuszczony basen, szkołę, w której znajdujemy podręczniki do matematyki czy tablicę Mendelejewa, mijamy po drodze okazały pusty hotel i Dom Kultury „Energetyk”, w którym wciąż można obejrzeć plakat m.in. z Gorbaczowem. Po drodze mijamy też fragment robota, który po katastrofie zrzucał fragmenty grafitu do środka reaktora. To zdecydowanie najbardziej emocjonujący moment wycieczki. Przewodniczka każe nam wyjąć dozymetry i zwrócić uwagę na to, jak promieniowanie rośnie w miarę zbliżania się do „chwytaka”. Kiedy pomiary wskazują 139 µSv, postanawiamy się wycofać. W końcu trafiamy do kultowego parku rozrywki z diabelskim młynem, który nigdy nie został użyty. Jego uruchomienie zaplanowano na 1 maja 1986 roku, ale katastrofa w Czarnobylu zniweczyła te plany. Nie zmienia to faktu, że to „wizytówka” miasta widmo, którą trzeba „odhaczyć”, zwiedzając Zonę.

2
Fotografia: Archiwum prywatne
7
Fotografia: Archiwum prywatne
10
Fotografia: Archiwum prywatne
3
Fotografia: Archiwum prywatne
12
Fotografia: Archiwum prywatne
13
Fotografia: Archiwum prywatne

Wszystkie drogi prowadzą do Czarnobyla

Nasza wycieczka musi zakończyć się w Czarnobylu. Co ciekawe, miejscowość ta znajduje się już poza Strefą Wykluczenia. Wciąż żyją tutaj ludzie. To najczęściej pracownicy, którzy kontrolują stan wygaszonych reaktorów. Można tu zobaczyć pomnik ku pamięci walczących ze skutkami katastrofy w Czarnobylu i zwykłe miejskie zabudowania. Wciąż towarzyszy nam poczucie, jakby świat zatrzymał się tutaj 30 lat temu. Wyjeżdżamy z miasta z lekką nostalgią. Odczuliśmy na własnej skórze, co oznacza wysiedlenie całych miast przez katastrofę jądrową. Dopada nas też poczucie, że to koniec tej emocjonującej wyprawy.

8
Fotografia: Archiwum prywatne
9
Fotografia: Archiwum prywatne

Strefa Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej od lat przyciąga tysiące turystów, którzy chcą na własnej skórze przekonać się, jak wygląda krajobraz po katastrofie atomowej. Tereny wokół elektrowni, w tym miasto Prypeć, miejscowość Czarnobyl, „Czerwony Las” można zwiedzać od dawna. Niedawno świat obiegła informacja, że turyści będą mogli w niewielkich grupach wejść do pokoju kontrolnego, w którym rozpoczęła się katastrofa. Ze względu na bardzo wysoki poziom promieniowania turyści mogą  spędzić tutaj nie więcej niż pięć minut. Nie pozostaje nic innego, jak wrócić do Czarnobyla i obejrzeć elektrownię od środka.

Oceń artykuł
WSZYSTKO NA TEMAT:

Komentarze

Przeczytaj więcej

Więcej newsów