"Nowe oblicze Greya" inne niż poprzednie części. Czy warto zobaczyć finał serii?

Katarzyna Leszczyńska 09.02.2018
"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: Fotografie: YouTube i materiały promocyjne

9 lutego do kin weszła ostatnia część ekranizacji powieści E.L. James, "Nowe oblicze Greya". W głównych rolach Dakota Johnson i Jamie Dornan. Czy warto zobaczyć finał serii?

Opowieść o miłości w wersji sado-maso stworzona przez E.L. James od lat budzi kontrowersje na całym świecie. I choć wielu ludzi zarzuca autorce grafomanię i wyśmiewa filmy stworzone na podstawie jej powieści, stały się one bestsellerami na skalę globalną, a każda nowa część ekranizacji przyciąga do kin rzeszę widzów. Tak też jest i tym razem. Oto na ekrany, jak co roku z okazji walentynek, weszła trzecia, ostatnia już część, „Nowe oblicze Greya”.

Mogłabym opisać ten film ubierając doświadczenia po jego obejrzeniu w piękne słowa, jednak trudno byłoby mi wówczas odzwierciedlić całą prawdę o tej produkcji. Nie ma się co oszukiwać bowiem, „Nowe oblicze Greya” jest słabym filmem, podobnie jak miało to miejsce z jego wcześniejszymi częściami. Jest w nim jednak coś, czego nie znajdziemy w poprzednich odsłonach. I to zarówno złego, jak i pełnego magii, co z pewnością przypadnie do gustu wszystkim fankom Greya.

"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: YouTube

Całkiem nowe oblicze Greya

W tej części opowieści o przystojnym milionerze i jego ukochanej Anastasii jesteśmy świadkami ślubu głównych bohaterów, o czym mogliśmy się dowiedzieć już z samego zwiastuna filmu. Choć wydawało się, że zapowiedź zdradza całą fabułę, okazuje się, że przedstawia zaledwie jego początek. Dalsza część historii pełna jest niespodzianek, których widz nie czytający wcześniej książki, może się nie spodziewać, co jest miłym zaskoczeniem jak na filmy o Greyu.

W późniejszej części filmu przedstawione zostają dzieje świeżo upieczonych małżonków, którzy ze względu na swoje ogromne uczucie i status materialny powinni żyć długo i szczęśliwie. Zanim jednak do tego dojdzie, na ich drodze pojawi się wiele przeszkód, które będą musieli pokonać. I tu zaczynają się schody, ponieważ w pewnym momencie zaczynamy odczuwać, że z harlequinowego romansu z dozą pikantnego seksu, który mieliśmy zamiar zobaczyć na ekranie, zaczyna się robić całkiem nieudany kryminał klasy B.

"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: YouTube

Pomijając jednak wątek kryminalny i przechodząc do tego co najważniejsze w „Nowym obliczu Greya” należy wspomnieć o aktorach. Na ekranie po raz trzeci pojawiają się oczywiście Dakota Johnson i Jamie Dornan. Dwójka aktorów, którzy wypłynęli dzięki „Pięćdziesięciu twarzom Greya”, a ich starania już po pierwszej części zostały (nie)docenione Złotymi Malinami. Nie można zaprzeczyć, że jest to najbardziej nieudany duet, jaki można zobaczyć w kinie. Choć w „Nowym obliczu Greya” ich grą można się naprawdę mile zaskoczyć.

Zobacz także: Johnson i Dornan o scenach seksu w "Nowym obliczu Greya". "Czuliśmy się niezręcznie, bo...". Ten powód zrozumie każdy

Pech chciał, że E.L. James w trzeciej części, nieco bardziej niż w poprzednich, zamiast na opisywaniu poczynań bohaterów w Czerwonym Pokoju Bólu, skupia się na ich emocjach i przeżyciach. Pech oczywiście dla Dakoty i Jamiego, przed którymi stanęło ogromne wyzwanie. Choć w okazywaniu uczuć niewiele się zmieniło od poprzednich części i trzeba było po prostu wierzyć im na słowo, że w danym momencie jest tak a nie inaczej, na plus zmieniło się jedno – w końcu pomiędzy Aną i Christianem pojawiła się chemia, której tak bardzo brakowało do tej pory, a która jest najważniejszą rzeczą w całej tej historii.

Dlaczego „Nowe oblicze Greya” może się podobać?

Ostatnia część sagi o Greyu jest ukłonem w stronę wszystkich fanów serii. To zamknięcie pewnego etapu, bo choć E.L. James usilnie wydaje kolejne części książek tym razem z punktu widzenia samego Greya, pewne jest, że film na podstawie tej samej fabuły więcej nie powstanie. Jedni na pewno odetchną z ulgą, w oczach innych zakręci się łza. Trzeba jednak przyznać, że „Nowe oblicze Greya” jest idealnym podsumowaniem wszystkich części.

Dla tych, dla których w filmach o Greyu liczy się romans, są piękne sceny i chwile uniesienia. Ci, którzy chcą je oglądać dla seksu na dużym ekranie, również nie zawiodą się, bo choć sama trzecia część jest nieco mniej erotyczna od pierwszej, pikantnych scen jest znacznie więcej niż w „Ciemniejszej stronie Greya”. A ci, którzy idą na tę odsłonę produkcji z sentymentu, będą mogli „w ciemnym kinie po kryjomu otrzeć łzę”, jak śpiewał klasyk. Prawie każdy będzie zadowolony, no może oprócz tych, którzy pójdą na ten film z przymusu, jako osoba do towarzystwa, np. w walentynkowy wieczór.

Zobacz także: Fanki oszalały na punkcie sukni ślubnej Any z "Nowego oblicza Greya". Chcą ją wszyscy

W „Nowym obliczu Greya” jest wiele zaskakujących momentów, które na pewno spodobają się wszystkim fanom serii. Ci, którzy nie czytali książki, będą zdumieni w naprawdę licznych momentach. Zaznajomieni z lekturą natomiast również będą zaskoczeni w kilku miejscach filmu. Nie będę zdradzać, o co chodzi, żeby nie spoilerować. Jeżeli macie ochotę się sami przekonać, od 9 lutego możecie zobaczyć ten film w kinach.

"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: YouTube

To, czego nie można żadnej części odmówić, to świetna ścieżka dźwiękowa. Z resztą nie da się ukryć – ten film jest tworzony dla kasy i równie dużo zostało w niego zainwestowane. Świadczyć o tym może lokowanie produktów niemal w każdej scenie. Pieniądze widać również w kwestii muzycznej. Tym razem utwór przewodni nagrała sama Rita Ora we współpracy z Liamem Paynem, która w serii o Greyu wciela się w postać siostry Christiana, Mii. Na koniec filmu pojawia się jednak wszystkim doskonale znany utwór „Love me like you do”, który był charakterystyczny dla pierwszej części. A wraz z nim wspomnienia ze wszystkich odsłon opowieści o Greyu i Anastasii Steel.   

Jeżeli ktoś zatem spodziewał się czegoś nowego oprócz samego odmienionego oblicza Greya, chyba się przeliczy. Wydaje mi się jednak, że film ma przyciągnąć do kin przede wszystkim wiernych fanów serii, a co za tym idzie – nie ważne, jaki on jest i tak będzie się podobał i swoje zarobi. To nie jest produkcja, która ma zaspokoić zapotrzebowanie artystyczne wytrawnych koneserów kina. To opowieść, której celem jest trafienie w gust kobiet – niezależnie od ich wieku, miejsca zamieszkania czy wykształcenia. Kobiet, które marzą, żeby choć raz zapomnieć się i polecieć na randkę prywatnym helikopterem Christiana Greya.

"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: YouTube
"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: YouTube
"Nowe oblicze Greya"
Fotografia: YouTube
Zagłosuj

Planujecie obejrzeć "Nowe oblicze Greya"?

Liczba głosów:

Katarzyna Leszczyńska

Oceń artykuł
Tagi:

Komentarze

Więcej newsów