08.03.2017 17:37

"Piękna i Bestia" 2017 czyli Disney w natarciu. Jest feminizm, queer i powrót klasyki

Cukier w kostkach, złoto w płatkach i pudrowane peruki. Pomimo kontrowersji i plotek, fabularna wersja jest bardzo dokładnym odwzorowaniem oryginału.

Piękna i Bestia 2017

Fotografia: Disney/materiały promocyjne

 „Kráska a zvíře” w Czechach, „Lepotica i zver” w Serbii czy „A szépség és a szörnyeteg” na Węgrzech - nie ważne jak brzmi tytuł tej ponadczasowej, romantycznej opowieści jaką jest "Piękna i Bestia". Wiadomo, że u każdego widza wywoła emocjonalne poruszenie. Oto po ponad ćwierćwieczu na ekrany kin 17 marca powróci obraz, z którego kultowością może konkurować jedynie „Król Lew”. Pytanie, czy warto było ruszać dzieło skończone.

Aby na to odpowiedzieć, trzeba przyznać reżyserowi Billowi Condonowi, że zrobił rzecz bardzo trudną. Czerpał garściami z disneyowskiego pierwowzoru, jednocześnie dodając nową jakość. Oczywiście, nie wszystko się udało tak, jak chcieliby najzagorzalsi fani oryginału z 1991 roku. Mimo że to tylko łyżka dziegciu w całej beczce miodu, da się ją niestety bardzo łatwo wyczuć.

Piękna i Bestia Bella i Maurycy

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Melodii czar

„Pięknej i Bestii” nie byłoby bez piosenek. To one napędzają historię, nadają tempa, zaznajamiają z bohaterami. Alan Menken zasłużenie dostał za swoje kompozycje Oscara oraz Złotego Globa. Jego utworów, wraz z tekstami zmarłego kilka dni po premierze pierwszej wersji Howarda Ashmana, po prostu nie można było zastąpić. Ale dodano kilka bonusów, które w udany sposób współgrają z resztą piosenek.

Oprócz niezapomnianej „Pięknej i Bestii” w sali balowej, rewiowej „Gościem bądź” w jadalni oraz początkowej, wprowadzającej w akcję „Belli”, widzowie dostają trzy nowe utwory autorstwa Menkena i… Tima Rice’a. Kim jest ten ostatni? Stworzył teksty piosenek m.in do musicali „Jesus Christ Superstar” oraz hitów t.j. „Aladyn” czy wspomniany wcześniej „Król Lew”.

Piękna i Bestia Bella 1991

Fotografia: East NEws

Nowe kompozycje nie znalazły się tu przypadkiem. Historia „Pięknej i Bestii” poszerzona jest bowiem o nowe wątki. Wiadomo już, co stało się z mamą Belli i skąd ta przyjechała do małego miasteczka Villeneuve (tak na nazwisko miała osiemnastowieczna autorka francuskiej baśni). Scenarzyści wyjawiają też, dlaczego Książę miał tak paskudny charakter przed zamianą w Bestię. No i trzeba było oddać też głos ożywionym przedmiotom, a właściwie zaklętej służbie, która również tęskni za swą ludzką, utraconą postacią oraz najbliższymi.

Condon długo wzbraniał się przed stworzeniem remake’u tej klasycznej animacji. „Uważam, że film z 1991 r. to ideał” powiedział w jednym z wywiadów na długo przed pierwszym klapsem. Ale rozwój technologii sprawił, że człowiek stojący za tak skrajnie różnymi pozycjami w swoim artystycznym dorobku jak „Dreamgirls”, „Zmierzch: Przed świtem” czy „Pan Holmes” postanowił na nowo ożywić tytuł, który dla niego jest wzorem animowanego musicalu.

Piękna i Bestia 1991

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Ludzie i komputery

Tak się też stało. Obsadzenie Emmy Watson w roli Belli było strzałem w dziesiątkę. Piękna, ale potrafiąca postawić na swoim, rezolutna dziewczyna odstająca od reszty lokalnych mieszkańców z początku jest lekko irytująca, ale po pewnym czasie nie można wyobrazić sobie innego wyboru. Jej sposób grania jest przekonujący na tyle, że postać Belli staje się jeszcze prawdziwsza, a jej motywacje są jasne i pozbawione fałszu.

Gdy ta dziewczyna śmieje się, widownia ma też uśmiech na twarzy, gdy płacze na ekranie, na widowni otwierają się paczki chusteczek higienicznych. Jeżeli już zakochać się w Belli, to tylko z twarzą Emmy Watson.

Owłosiona i rogata twarz Bestii też nieźle się broni. Mimo kontrowersyjnego zaadaptowania rysunkowego wizerunku na potrzeby fabularnej wersji widać, że graficy zrobili dobrą robotę. Musieli spędzić wiele godzin nad pokazaniem w gęstwinie owłosionych pikseli choć odrobiny ludzkich emocji. Dan Stevens wygląda jak żywy, choć podobieństwa trzeba się naprawdę mocno naszukać.

Piękna i Bestia 2017 Dan Stevens

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Komputer jednak nie zawsze jest lekiem na całe zło. Jest co prawda długa i wyjątkowo udana scena w jadalni, gdy głodna Bella schodzi zaproszona przez ożywione sprzęty na kolację, która wygląda o niebo lepiej niż w rysunkowym oryginale. Wioska jest cudownie odtworzona i dopiero teraz widać tętniące w niej życie. Ale pomimo przepychu, blichtru i rozmachu, ten film cierpi na jedną bolączkę - przypadłość zielonego ekranu.

Widza nie oszukasz

Chodzi o te sceny, którą dzieją się na zewnątrz, na rozległej przestrzeni. Krajobraz jest niezwykle malowniczy, to fakt. Ale ta cyfrowa tylna projekcja razi momentami aż za bardzo. Gdy Peter Jackson tworzył swoje opus magnum - „Władcę Pierścieni” w Nowej Zelandii, pojechał tam i nakręcił zapierające dech w piersiach scenerie. Szkoda, że w „Hobbicie” nie wychodził już ze studia. Podobnie rzecz ma się tutaj.

Oczywiście współczesne kino po prostu już takie jest, że taniej jest wynająć ogromne hale i zbudować tam rozległe lub bardzo skomplikowane przestrzenie, a resztę wypełnić sztucznie generowanym obrazem. Trzeba przyznać, że liczby robią wrażenie (zaczarowany las otaczający zamek Bestii zbudowano w największej hali słynnego studia Shepperton o pow. prawie 900 metrów kw.), ale o ile sceny wnętrz to majstersztyk, to już szerokie plany wyglądają nadal sztucznie.

Piękna i Bestia 2017 scena z filmu

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Kobiety do boju!

Choć „Piękna i Bestia” to historia ponadczasowa, to jednak Disney słusznie uznał, że przydałaby się jej pewnego rodzaju „aktualizacja obyczajowa”. Wątek niezależnej kobiety jako jedynej idącej pod prąd wśród małomiasteczkowej mentalności teraz jest jeszcze bardziej zaznaczony. Emma Watson wzmacnia ten przekaz ze względu na swoje feministyczne przekonania poza planem. Dodatkowo producenci położyli nacisk na zatrudnienie pań na stanowiskach technicznych mających decydujący wpływ na ostateczny kształt remake’u.

W skład ekipy dbającej o stronę wizualną weszła czterokrotnie nominowana do Oscara kierowniczka artystyczna Sarah Greenwood, mająca tyle samo nominacji scenografka Katie Spencer, montażystka Virginia Katz, nagrodzona Oscarem kostiumografka Jacqueline Durran, zdobywczyni nagrody Akademii wizażystka i stylistka fryzur Jenny Shircore oraz dbająca o dobór obsady Lucy Bevan.

Disney tak bardzo chciał sprostać wymaganiom dotyczącym równouprawnienia i parytetu płci, że nawet w samej notce prasowej na temat filmu można przeczytać: „W nawiązaniu do obecnego w opowieści tematu upodmiotowienia kobiet, wszystkim działom kreatywnym w ekipie szefują kobiety”. I tę kobiecą rękę faktycznie w filmie widać - od szczegółu, do ogółu, co wychodzi nowej „Pięknej…” tylko na plus.

Piękna i Bestia 2017 film

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Ekologia i homofobia

Momentami gonitwa za sprostaniem coraz wyższym standardom, których domagali się widzowie, już na etapie produkcyjnym przybierała dość restrykcyjne formy. Zaprojektowane na potrzeby filmu kostiumy wykonano bowiem z materiałów wytworzonych zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju i sprawiedliwego handlu, a tkaniny zabarwiono naturalnymi i nieszkodliwymi dla przyrody substancjami. Nawet do stworzenia niektórych nadruków użyto tradycyjnych drewnianych stempli.

W warstwie fabularnej też widać skok o lata świetlne w stosunku do hollywoodzkiej poprawności lat 90. Największe różnice między wersją rysunkową, a tą najnowszą, filmową, dają się zauważyć w relacjach między LeFou (komediowy Josh Gad), a Gastonem (pyszałkowaty Luke Evans). Reżyser Bill Condon dał drugoplanowemu kompanowi byłego francuskiego żołnierza ogromną swobodę i duże pole do popisu.

LeFou i Gaston

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Gad dzięki temu stworzył nieoczywistą kreację, która (tu truizm) wymyka się schematom. I robi to tak wiarygodnie, że jeszcze przed wejściem filmu na ekrany jego rola zaczęła wzbudzać moralne kontrowersje. Oprócz tego pojawiło się też sporo czarnoskórych aktorów w rolach już wcześniej dobrze zdefiniowanych przez oryginalną wersję (np. miasteczkowego bibliotekarza mimo woli, który tak naprawdę jest… księdzem).  

Takich niepopularnych lub burzących stereotypy wstawek w wersji Stephena Chbosky’ego („Charlie”) i Evana Spiliotopoulosa („Łowca i Królowa Lodu”) jest na tyle sporo (choć bez przesady), że w Rosji jeden z posłów Dumy wezwał do bojkotu i odwołania premiery „Pięknej…”. Poszło o „propagandę grzechu i perwersyjnych relacji seksualnych” w bajce, która teoretycznie jest przecież przeznaczona dzieciom.

Co prawda gejowskiego humoru jest zaledwie promil w napakowanej gagami fabule, a gdy już się pojawia, to jest na tyle subtelny, że zrozumieją go jedynie starsi. Ale to trzeba przyznać - po raz pierwszy w historii pełnometrażowych filmów Disneya jedna z postaci jest gejem. Kropka. Kiedyś musiał być ten pierwszy raz.

Piękna i Bestia 2017 Emma Watson Dan Stevens

Fotografia: Disney/materiały prasowe

Deser z dokładką

Tak, „Piękna i Bestia” jest warta obejrzenia w dwójnasób. Ci, którzy dobrze pamiętają oryginalną i (nie da się ukryć) niedoścignioną animację z początku lat 90. wzruszą się jeszcze raz, a wychodząc z kina będą młodsi o dwadzieścia parę lat. Ale nowe pokolenie, nieznające magii pierwowzoru, też będzie zauroczone. Disney dobrze o tym wiedział.

Parafrazując słowa Franza Maurera granego przez Bogusława Lindę w „Psach”, czasy się zmieniają, ale bohaterowie zawsze pozostają ci sami. Jedno trzeba przyznać. Twórcy wersji z 2017 roku przygotowali się do tej lekcji z namaszczeniem i konsekwencją, co widać na ekranie i czuć w trakcie seansu. Każdy jednak musi to poczuć na własnej skórze.

Czy nowa wersja "Pięknej i Bestii" jest w stanie przyćmić oryginał?

Mateusz Patyk
Mateusz Patyk

Kulturoznawca, dziennikarz, absolwent Instytutu Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, wychowanek Polskiego Radia. Miłośnik filmów lat 80. Rowerowy pasjonat. Lubi kino klasy B. Żałuje Bena Afflecka.